zarówno w defensywie

Kilka niedociągnięć jest… [Zarówno w ofensywie, jak i defensywie, odc. 9]

Ten cytat Wąskiego z kultowej komedii „Kilerów Dwóch” wygrałby bez problemu konkurs pod tytułem „Podsumuj letnie okienko transferowe Legii w trzech słowach”. Choć ruchy dyrektora sportowego wydawały się sensowne, a zakupy przemyślane, to kolejne miesiące niestety pokazały, że delikatnie mówiąc, nowi zawodnicy szału nie zrobili. 

Na pewno nie poszedłbym tak daleko jak Stefan „Siara” Siarzewski i letniego okienka nie nazwał prowokacją, jednakże odpowiedź w stylu „A gdzie tu są dociągnięcia?” pewnie bym rozważył. Każdy z nas wiedział w jakim położeniu klub się znalazł i w jak trudnych warunkach przyjdzie poruszać się dyrektorowi sportowemu, który w przeciwieństwie do swojego poprzednika miał budżet sponsorowany przez liczbę „0”. Oczywiście, to tylko pewnego rodzaju skrót myślowy, ale koniec końców budżet transferowy w porównaniu do poprzednich lat był mizerny. Mimo to, na Łazienkowskiej ruch jeśli chodzi o nowych zawodników był dosyć spory. W zespole pojawiło się 6 nowych graczy (pod uwagę nie wziąłem Wszołka, który z „eLką” na piersi grał już wiosną oraz wykupionego Nawrockiego). Jacek Zieliński postawił przede wszystkim na sprawdzone nazwiska i do Legii trafili piłkarze z przeszłością w Ekstraklasie, bądź tacy, którzy już w Warszawie występowali. Należy jednak przyznać, że minimalizowanie ryzyka takimi, a nie innymi ruchami wyszło pod wieloma względami dość mizernie. Ale po kolei.

Największy zawód?

Swoją aktywność na rynku transferowym klub zaznaczył dość szybko, bo już 25 maja ogłoszono zakontraktowanie Blaza Kramera – 26-letniego napastnika, który do stolicy zawitał po wygaśnięciu kontraktu z FC Zurich. Słoweniec miał zastąpić Tomasa Pekharta, z którym nie przedłużono umowy. Tak recenzował go dla KSOL ekspert od szwajcarskiej piłki:

Przede wszystkim siła fizyczna. Szybkość i technika też na bardzo solidnym poziomie […] Jak na poziom Ekstraklasy to według mnie świetny wybór. Co jeszcze mógłbym dodać? Dzięki solidnej technice i wzrostowi całkiem dobrze radzi sobie w grze 1 na 1, ale to nie jest piłkarz, który przekiwa całą obronę przeciwnika. To też nie jest typowy snajper, bo w najlepszym sezonie w FC Zurich miał tylko 10 goli, ale jest bardzo wszechstronny, to chyba jego największa zaleta […].

Niestety Kramer nie miał zbyt wielu szans na to, aby zaprezentować swoje atuty. Po okresie przygotowawczym doznał urazu, po którym konieczny był zabieg chirurgiczny. Zadebiutował dopiero 11 września, wchodząc na 6 minut w wysoko przegranym meczu w Częstochowie. U Kosty Runjaicia zagrał w sumie tylko 195 minut, na co złożyło się 8 spotkań w lidze i 2 w Pucharze Polski. Właśnie w tych drugich rozgrywkach zdobył swoją premierową bramkę z „eLką” na piersi (trafienie na 3:0 z Wisłą Płock). Na początku grudnia okazało się, że choć zabieg się powiódł, to gracz musi przejść rehabilitację i kurację farmakologiczną. Jego powrót do normalnej dyspozycji może potrwać kilka miesięcy. Na tę chwilę to największy zawód letnich transferów, a należy pamiętać, że rosły zawodnik ma kontrakt do 30 czerwca 2025 roku.  

Doświadczona „trójka”

15 czerwca do zespołu dołączyła druga nowa twarz – Dominik Hładun. Po niespodziewanym rozwiązaniu kontraktu z Richardem Strebingerem „Wojskowi” znów zostali z grupą młodych bramkarzy, dlatego nauczony doświadczeniem z sezonu 2021/2022 dyrektor sportowy dokooptował doświadczonego golkipera, który przez większość kariery był związany z Zagłębiem Lubin. W barwach „Miedziowych” na poziomie Ekstraklasy rozegrał 109 spotkań, 25 razy notując czyste konto. Wybór 27-latka był więc racjonalny. Hładun nadal czeka na swój oficjalny debiut w Legii – na tę chwilę dwukrotnie znalazł się na ławce rezerwowych w lidze (mecze z Lechem i Śląskiem) i 3 razy w Pucharze Polski (mecze z Termalicą, Wisłą Płock i Lechią). 4 razy wystąpił w trzecioligowych rezerwach. 

Stary Słowak i może? 

6 dni później warszawianie dokonali najbardziej kontrowersyjnego i najszerzej komentowanego przez kibiców transferu. Chodzi tu oczywiście o Roberta Picha, który do Legii trafił za darmo, po tym jak wygasł jego kontrakt ze Śląskiem Wrocław. Choć 33-latek w sezonie 2021/2022 „wykręcił” całkiem niezłe liczby – 6 bramek i asysta w 32 meczach Ekstraklasy, a do tego 5 goli w 6 meczach kwalifikacji Ligi Konferencji Europy – to w stolicy niemal nikt z tego ruchu się nie cieszył. Po sportowej katastrofie, której wszyscy byliśmy świadkami, większość z nas zdawała sobie sprawę, że możliwości transferowe będą ograniczone, jednak pewnie jakieś 95% liczyło na graczy zupełnie innego kalibru, niż słowacki skrzydłowy po trzydziestce, na którego specjalnie nie liczyli już nawet w Śląsku, który chwile wcześniej drżał o utrzymanie. Pich rozgrywki zaczął nawet jako podstawowy skrzydłowy – wybiegał od 1. minuty w meczach z Koroną, Zagłębiem i Cracovią, jednak z czasem Kosta Runjaić korzystał z niego najczęściej w roli zmiennika. Jak wszyscy wiemy, fajerwerków nie było. Doświadczony gracz w barwach Legii zagrał 13 razy (12 razy w lidze i raz w Pucharze Polski), notując jedną asystę. 

W oczekiwaniu na Baku z Warty

Na kolejny zakup czekaliśmy niemal 2 tygodnie. 2 lipca kontrakt z klubem podpisał Makana Baku. Nie licząc wykupu Maika Nawrockiego, była to pierwsza gotówkowa transakcja letniego okienka. Negocjacje z tureckim Goztepe nie były łatwe, ale ostatecznie był gracz Warty Poznań przeniósł się na Ł3 za 350 tysięcy euro. Wobec deficytu skrzydłowych, a przede wszystkim zawodników dynamicznych, potrafiących grać 1 na 1, z pozyskaniem Niemca wiązano duże nadzieje. Niestety na nadziejach się skończyło, bo po 23-latku było widać skutki dość nieregularnej gry nad Bosforem. Ciężko było dostrzec u niego te umiejętności, które pokazał wiosną 2021 roku w barwach Warty Poznań – dynamikę, szybkość w podejmowaniu decyzji czy łatwość wykończenia. Na ten moment Baku rozegrał w Legii 15 meczów (13 w Ekstraklasie i 2 w Pucharze Polski). Ani razu nie trafił do siatki i zaliczył zaledwie jedno ostatnie podanie. 

Najlepszy „strzał” okienka 

Piąty letni transfer zdeterminowało odejście Mateusza Wieteski do francuskiego Clermont, które doszło do skutku 25 lipca. Choć jako jego następców do gry na środku obrony kreowano Davida Batesa czy Aleksandara Radovanovicia (w pewnym momencie mówiło się, że obaj zjawią się w Warszawie) to ostatecznie wygrała opcja, a jakże, zawodnika znanego z gry w Ekstraklasie. 30 lipca Legia ogłosiła zakontraktowanie Rafała Augustyniaka, który z wiadomych względów opuścił Ural Jekaterynburg. Jedyne wątpliwości, jakie pojawiły się przy pozyskaniu 28-latka, to jego potencjalna pozycja na boisku. Jacek Zieliński po oficjalnej prezentacji podkreślał, że Augustyniak może grać zarówno jako defensywny pomocnik jak i środkowy obrońca i właśnie jako stoper rozpoczął swoją karierę w Legii. Niestety szybko okazało się, że to nie jest jego wiodąca pozycja – dwa katastrofalne błędy w meczach z Rakowem i Miedzią pokazały, że przyzwyczajenia z gry na „6” pozostały, jednak kiedy jesteś ostatnim graczem przed własnym bramkarzem, każda strata piłki w okolicach pola karnego, bądź w samej „16” niemal zawsze zakończy się stratą gola. Rafał Augustyniak to jedno z najlepszych posunięć personalnych tego okienka, ale tylko jeśli weźmiemy pod uwagę środek pola. Jeżeli miał być następcą Mateusza Wieteski 1:1, to tutaj Jacek Zieliński się przeliczył i ta pozycja w drużynie w moim odczuciu nie została odpowiednio wzmocniona. Były gracz Widzewa czy Miedzi zagrał dla Wojskowych 14 spotkań – 12 w Ekstraklasie i 2 w Pucharze Polski. Zdobył dotychczas jedną, ale arcyważną bramkę w starciu z Radomiakiem. 

Powrót nieoczywisty

Na koniec czas na wisienkę na torcie, czyli zakup, który był w legijnym środowisku komentowany najszerzej (zaraz obok Roberta Picha). Po urazie Blaza Kramera Legia została w ataku tylko z Maciejem Rosołkiem i Ernestem Mucim. Długo dywagowało się o możliwym ponownym ściągnięciu Aleksandara Prijovicia, ale ostatecznie doczekaliśmy się innego bardzo ciekawego powrotu. Po niemal 3 latach do stolicy wrócił Carlitos, za którego wyłożono 400 tysięcy euro greckiemu Panathinaikosowi. Pozyskanie byłego króla strzelców naszej ligi ogłoszono 16 sierpnia. Już 3 dni później Kosta Runjaić dał mu niemal pół godziny w zremisowanym 2:2 meczu z Górnikiem, gdzie miał kilka ciekawych momentów. W kolejnym spotkaniu ligowym ze Stalą Mielec wszedł na plac w 63. minucie, a 11 minut później w swoim stylu, po ładnej indywidualnej akcji wpakował piłkę pod poprzeczkę bramki Mrozka i jak się potem okazało, zapewnił Legionistom 3 punkty. 3 dni później dołożył 2 trafienia w Pucharze Polski, gdzie w Niecieczy „Wojskowi” ostatecznie dopiero po dogrywce wyeliminowali Termalicę. W kolejnych występach było gorzej. Carlitos kilkukrotnie irytował zbyt indywidualną grą, doszedł to tego także niewykorzystany karny z Pogonią. Hiszpan dołożył jeszcze 2 asysty w wysoko wygranym starciu z Jagiellonią, a także jedno ostatnie podanie w pucharowym meczu w Płocku. Jesień była więc dla 32-latka dość przeciętna i z pewnością – pamiętając go z pierwszego pobytu w klubie – wielu spodziewało się więcej. I tego „więcej” bez wątpienia trzeba od niego wymagać wiosną, bo obok Josue, Kapustki czy Jędrzejczyka to Carlitos powinien być jednym z liderów Legii Warszawa w walce o czołowe lokaty w lidze. 

Liczby nie kłamią

Podczas letnich zakupów dyrektor sportowy musiał skupić się przede wszystkim na wzmocnieniu siły ofensywnej zespołu, jednak w rundzie jesiennej nowi gracze nie wyróżniali się, a ich statystyki mówiąc delikatnie, nie powalają na kolana. Zdobyli oni tylko 8% wszystkich strzelonych przez Legię bramek w lidze, a wziąłem tu przecież pod uwagę stopera/defensywnego pomocnika Augustyniaka. Uwzględniając klasyfikację kanadyjską, to odsetek wzrasta do 25 % (Pich, Baku, Augustyniak i Carlitos wypracowali bramkami i asystami 6 z 24 goli). Nieco lepiej wygląda to w przypadku Pucharu Polski – 3 z 8 bramek były autorstwa nowych nabytków (37%). Wciąż są to jednak liczby dość przeciętne. 

Na kolana nie powalają również minuty, jakie spędzili na boisku piłkarze, którzy dołączyli do drużyny w letnim oknie. Blaz Kramer rozegrał ledwie 11% minut możliwych do rozegrania (tylko 195 na 1800), Robert Pich 19% (347 na 1800), zaś Makana Baku 40% (726 na 1800). Nieco lepiej wygląda to w przypadku Rafała Augustyniaka, który na placu gry przebywał 962 minuty na 1530 możliwych (63%). Carlitosa oglądaliśmy przez 886 minut na 1350 możliwych (66%). Statystyka jest tu wręcz brutalna, bo udział Kramera i Picha w grze był marginalny, a Baku nie zbliżył się nawet do rozegrania połowy możliwych do zagrania minut. 

Tytułem podsumowania 

Puentując temat letnich transferów, posłużę się kolejnym klasykiem – „Pytacie, jak idzie nasz biznes? Nie jest dobrze. Co prawda nie jest też źle. Można powiedzieć, że jest średnio”. I to średnio wpisuje się chyba idealnie w ocenę letniego okienka w Legii. Sprowadziliśmy graczy z potencjałem na solidne wzmocnienia, którzy mogą być wyróżniającymi się postaciami na swoich pozycjach w przekroju ligi, ale no właśnie – mogą. Używam czasu przyszłego, bo dotychczas Baku czy Kramer nie pokazali pełni swojego potencjału i jeśli nie zrobią tego wiosną, to ich przyszłość w Warszawie może malować się w czarnych barwach. Ważną postacią w środku pola może być Augustyniak, ale raczej tylko tam, bo środek obrony, jak na moje oko, ewidentnie mu nie leży i nie czuje się na tej pozycji pewnie. Carlitos jesienią miał przebłyski, jak w Mielcu, Niecieczy czy Białymstoku. Jeśli przerodzą się w stałą tendencję wzrostową, znów możemy mieć z niego pociechę. Co do Picha, to dalej zastanawiam się, co autor miał na myśli przy tym ruchu. Może i jest to solidny ligowiec, który jest w stanie dać fajną zmianę na 15-20 minut, ale my bardziej potrzebowaliśmy i dalej potrzebujemy faceta do rywalizacji, choćby z Wszołkiem. Kogoś, kto będzie mu deptał po piętach i parafrazując Dariusza Szpakowskiego, podczas treningów będzie pokazywał „Jestem!” i dawał do myślenia Koście Runjaiciowi. Słowak takiego potencjału nie ma. Na tę chwilę za letnie zakupy mogę Jackowi Zielińskiemu wystawić maksymalnie ocenę 4/10. Ale wciąż żywię nadzieję, że na koniec sezonu przyjdzie moment, gdzie będzie on mógł powiedzieć – „Pan Jacek jest debeściak. I jego transfery też”. 

Podziel się:

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on telegram
Share on whatsapp
Share on email

Zobacz również

Typer KSOL – podsumowanie po 18. i 19. kolejce Ekstraklasy

Za nami siedemnasta kolejka sezonu w wykonaniu Legionistów i jednocześnie dwudziesta kolejka typera Kilka Słów o Legii. To podsumowanie będzie o tyle wyjątkowe, że podsumujemy dwie ostatnie kolejki, ponieważ mamy zaległości w tym temacie. Sprawdźcie, którym z użytkowników Twittera poszło najlepiej z wytypowaniem wyniku „Wojskowych”.

Pusta kasa lepsza od miedziaków

Mówi się, że pieniądze nie grają. Zawsze byłem sceptyczny wobec tego stwierdzenia. Wszak przeczą mu statystyki, zresztą wystarczy obejrzeć mecze polskich drużyn w europejskich pucharach, gdy nie są już rozstawione. Nieliczne wyjątki tylko potwierdzają tę regułę. Tymczasem biedna Legia w tej rundzie punktowo 6 na 6. I pal licho te punkty. Co najważniejsze, w tych skrajnych warunkach, gdy młodzi sami muszą płacić za jedzenie, gdy toniemy w długach, gramy po prostu dobrze w piłkę. Wystarczy porównać nasze mecze z tymi rozgrywanymi przez naszych rywali, nawet tych, których plakaty nad łożkami i pod kołdrami mają mejweni. O, pardon, zapomniałbym. Ta nasza dobra gra trwa póki co 65 minut, a może cezurą jest tu wcale nie czas, lecz strata bramki. Bliżej mi do tej teorii, a tym samym wszyscy rządkiem do psychologa. Może Iga Świątek pomoże i Daria Abramowicz kogoś poleci.

Poważny sprawdzian

Legię w najbliższą sobotę czeka bardzo poważny sprawdzian w meczu z Zagłębiem. Na pewno będzie to trudniejsze spotkanie niż z Koroną, która momentami bała się grać w piłkę na Łazienkowskiej. Powodów jest kilka – zawieszenie Bartosza Kapustki, który obejrzał czwartą żółtą kartkę. Do tego dochodzi kontuzja Carlitosa, który nie zagra przez następne kilka tygodni. I powód numer 3. – Legia zmierzy się z drużyną trenera Fornalika na wiosnę, co zawsze samo w sobie jest sporym wyzwaniem.

Strzykawka z dwiema dawkami pokory

Przez 65 minut byłem zajęty przede wszystkim wymyślaniem błyskotliwego tytułu. Takiego, który oddawałby naszą świetną grę, bezradność rywala, bardzo dobry wynik. Przez ponad cztery kwadranse zastanawiałem się także nad tym, czy to my jesteśmy tacy dobrzy? Czy też Korona taka słaba. Okazuje się, że ani to, ani to. Po prostu rywale nam pomagali przez większą część meczu, my im przez mniejszą. Dlatego ostatecznie 3 punkty zostają, całe szczęście, w Warszawie.

Wracamy do gry!

Po długim oczekiwaniu wraca Ekstraklasa, a co za tym idzie Legia po niespełna 77 dniach wraca do gry o stawkę (gdyby kogoś szczególnie interesowały liczby – od ostatniego spotkania do pierwszego gwizdka w niedzielę minie około 6636600 sekund). Całe szczęście w końcu będziemy mogli zobaczyć trochę poważnego futbolu – ile można oglądać lig zagranicznych czy Mistrzostw Świata, chyba wszyscy tęskniliśmy za wieczorami z naszą kochaną ligą i nareszcie się doczekaliśmy! Na start rundy czeka nas spotkanie z przedostatnią w tabeli Koroną Kielce. Cel? Pewne zwycięstwo i 3 punkty.