Gual-Austria-Wieden-jezyk

Minimalizm się zemścił

Remis z Jagiellonią wyrzuca nas na dobre z walki o wygranie ligi. Do pucharów blisko i daleko. Niby trzy punkty to niewiele, ale ewentualna przegrana w Poznaniu i nie będziemy musieli wykupywać kanałów Polsatu. Za dzisiaj nawet trudno jest winić piłkarzy. Goście mieli półtorej sytuacji i jedną wykorzystali. Na więcej im nie pozwoliliśmy. Dobry środek, stabilna obrona. Ciężko jest się do kogokolwiek indywidualnie przyczepić. Za to do sztabu i włodarzy Klubu i owszem. Łączy ich minimalizm, dodatkowo trener dostaje pałę z zarządzania zasobami ludzkimi.

Przez pierwsze pięć minut praktycznie nie dotknęliśmy piłki. Potem Josue włączył tryb – najlepszy gracz ligi. Najpierw celnie uderzył z wolnego, bramkarz obronił. W 14. minucie zagrał długą piłkę do Pekharta na milimetry. Czech lobował bramkarza, trafił w poprzeczkę, dobitkę z bramki wybił obrońca, można to było skończyć lepiej. Piętnaście minut później Portugalczyk ponowił swoje zagranie, tym razem do Guala. Hiszpan ośmieszył Skrzypczaka w stylu Radovicia i skutecznym uderzeniem wyprowadził Legię na prowadzenie. Kilka minut później mógł podwyższyć wynik, jego strzał z pola karnego obronił bramkarz.

Goście mieli pół sytuacji, Pankov popisał się jednak skutecznym wślizgiem. I nie grali złego meczu. Wychodzili na nas wysokim pressingiem, mieliśmy z nim kłopot. Jednak w ofensywie niewiele mogli zdziałać. Przyzwoity mecz grał Celhaka, dobry Elitim. Josue rzucał piłki jak gość z innego piłkarskiego świata. Kilki dni debatowaliśmy o tym, że po meczu pucharowym rywale będą zmęczeni. W pierwszej części meczu się nie oszczędzali. Wydawało się, że taktyka na drugą połowę może być tylko jedna – gramy to samo tylko jeszcze intensywniej, wtedy spuchną. Poza tym, trudno było zakładać, że skończymy mecz z czystym kontem – zdarza się to nam nader rzadko, a Jagiellonia strzela bez przerwy. Te argumenty nie przekonały naszego sztabu.

W drugiej części gry od pierwszego gwizdka praktycznie tylko czekaliśmy na ostatni. Piłkarze raczej sami tego nie wymyślili. Wiedzą, że obrona nie jest naszą mocną stroną. Dlatego raczej nie chcieli z własnej woli bronić się na linii pola karnego. To się nie mogło udać. Nawet dziś gdy rywal nie grał nic wielkiego, a nasza obrona była zadziwiająco skuteczna. Do przodu zagraliśmy trzy akcje i chyba naprawdę wierzyliśmy, że to prowadzenie dowieziemy. Można dziś śmiało powiedzieć – zatrudniasz trenera Pogoni, grasz jak Pogoń. Tak wyglądała druga odsłona meczu, jak za najbardziej Runjaicovej Pogoni – prowadzenie i murarka. Tam się to często udawało, dziś u nas nie wyszło. Nie graliśmy z ogórkami. Szybko rozegrali do prawej strony, Kapuadi dał się ograć jak dziecko, podanie do lewej i Imaz wykorzystał patelnię. Japończyk krył powietrze zamiast swoją strefę, jeszcze wcześniej Augustyniak złamał linię spalonego. Ale nie mam do nich wielkich pretensji. Stracić gola można, to była ładna akcja. Za to nie wolno grać pół meczu na własnej połowie. To przepis na katastrofę. Taktyczny przepis. Masz zmęczonego rywala, Josue i Guala w formie to graj do przodu, a nie po szczecińsku. Ręce opadają.

Co z tego, że rywal był po meczu pucharowym skoro miał pole manewru w postaci zmian? Patrzymy na naszą dzisiejszą ławkę: Tobiasz, Zyba, Dias, Ziółkowski, Rejczyk, Rosołek, Jędrzejczyk, Kapustka. Jedyna możliwa jakościowa roszada to wejście Kapustki. Pozostali to młodzi, słabi, enigmatyczni lub z pozycji na których się zmian nie robi. Trener jest tego świadomy. Dlatego zmiany były późne. Najpierw Kapustka za Czecha (równocześnie Jędza za Pankova) i Gual na pozycję nr 9. W 80. minucie weszli Zyba i Rosołek. Świetny to był pomysł. Wyjąć ze środka pola kluczowego gracza i napastnika zmęczonego, ale nadal mogącego zrobić coś z niczego. Wtedy sobie pomyślałem – po co on psuje dobrze funkcjonującą maszynę? Wystarczyło kilka chwil i gol stracony. Wynik miał ratować Diasa i to jest miara naszego upadku – w kluczowym meczu na boisko wchodzi gość, który nie umie grać w piłkę. Do Rosołka i Zyby nawet nie mam pretensji. Ten pierwszy był żywy jak nigdy, coś nawet przyjął i zgrał. Zybie piłka też nie przeszkadza, grał spokojnie, tylko raz zagrał niedokładnie w pole karne, brakuje jeszcze odwagi w grze do przodu. Za to „podbudował” go tuż po meczu trener słowami „Bartosz Slisz zagrał kapitalny mecz w reprezentacji Polski z Walią. Jeśli tracisz kogoś takiego, to ciężko zastąpić go piłkarzem z takiego poziomu, jak Qendrim Zyba”. Każdy wie, że takie teksty może sobie walić Zielińskiemu (nawet powinien), a nie publicznie, jak ten chłopak ma się teraz czuć? Weź trenerze szukaj winy w swoim minimalizmie, w braku schematów rozgrywania rożnych, w bezsensownych decyzjach co do zmian, a nie wybielasz się kosztem innych. Nie zmienia to faktu, że Dyrektor Jacek powinien mieć turbo wyrzuty sumienia – zimowymi zaniechaniami być może wywalił nas z pucharów. Teraz czekamy na następcę Josue (tak, krytykowałem go niedawno, po prostu wówczas zasłużył). Niby po każdym odchodzącym grajku jest życie. Wydaje się jednak, że z Luquinasem, Vadisem, Nikoliciem, Juranoviciem, Mladenoviciem byłoby łatwiejsze. Następców znaleźli tylko drugi (w pewien sposób Josue) i czwarty (Wszołek). Trudno więc wierzyć w to, że latem będziemy królami polowania. A bez tego niech Bóg ma nas w opiece lub cokolwiek w co wierzycie.

Fot. Mateusz Czarnecki

Podziel się:

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on telegram
Share on whatsapp
Share on email

Zobacz również

Przeciętność przetykana magią

Zakończyliśmy sezon zwycięstwem. Po pierwszej połowie wydawało się, że będziemy strzelać kolejne gole. Niestety do końca drżeliśmy o wynik, po raz kolejny w tym sezonie.

Bez szału po puchary

Widać już pierwszy efekt pracy Feio. Nie ma wylewów w obronie. Niby nic wielkiego, a jakże spokojniej ogląda się mecze. I to nawet wtedy gdy

Brawo Panowie

Trzeba się po prostu cieszyć i to z kilku powodów. Zdobyliśmy trzy punkty i dzięki temu jesteśmy na pucharowym miejscu w tabeli, a do końca

Z Legii została tylko nazwa

Ileż było nadziei przed dzisiejszą parodią piłki nożnej. Już wjeżdżaliśmy na podium, już straszyliśmy Jagiellonię. Po sześciu minutach było wiadomo, że będzie ciężko. Graliśmy jednak