Wszoelk Ruch

Jeśli nie widać różnicy to po co dopłacać?

Trzy mecze z czołówką i tyle samo punktów. Dwa strzelone gole, dwa stracone. Brawo, brawo, klasowa ekipa nam się zebrała. Walenie głową w autobus i spacerowanie po boisku to za mało nawet na beznadziejny wiosną Śląsk. Kiedyś wychodziło przynajmniej klepanie po prawej stronie kończące się wyprowadzeniem na dobrą pozycję Wszołka. Teraz, jeśli Gual nie kiwnie trzech lub Josue nie błyśnie genialnym zagraniem trudno myśleć o zdobyciu bramki. O przepraszam, jest pozytyw. Zachowaliśmy czyste konto, pierwszy raz od niepamiętnych czasów. Inna sprawa, że goście nie bardzo chcieli w tym przeszkodzić. Traciliśmy do miejsca pucharowego trzy punkty, teraz tracimy cztery. Do katastrofy coraz bliżej.

Kilka zdań o wydarzeniach boiskowych, bo i na kilkanaście nie starczyło piłkarzom umiejętności i chęci. Przez pierwszych kilka minut nie mieliśmy piłki. Później goście ustawili autobus przed własnym polem karnym. A my siedliśmy na rywalach. Tylko co z tego? Nic. Żadnych konkretów. Powolne klepanie przeplatane próbami błyskotliwych zagrań Josue. Niestety za każdym razem czegoś brakowało i do gola brakowało tyle, ile moim włosom do miana bujnych. Z drugiej strony Hładun mógł sobie uciąć drzemkę, nic mu ze strony gości nie groziło. Taktyka Pana Jacka, nadal mającego szansę na wygranie ligi była zdumiewająca. Autobus, brak nawet markowania starań o zwycięstwo. Dramat.

Początek dawał nadzieję. Pierwsze pięć minut i trzy strzały, w tym poprzeczka Guala. Niestety w 55. minucie z kontuzją zszedł Pekhart i straciliśmy szansę na to, że z wrzutek cokolwiek wyjdzie. Chociaż graliśmy praktycznie bez skrzydeł. Kun i Wszołek byli na murawie głównie duchem. Czecha zastąpił Rosołek. Miał dużo czasu, aby zamknąć usta krytykom. Zamknął nam drogę do bramki. Piłkę dotknął jakieś pięć razy w tym trzy razy w polu karnym, niestety jest zbyt niski, aby mógł z tych podań cokolwiek zrobić. Nieco później weszli Japończyk i Urbański. Nasz młodzian nawet fajnie wyglądał, wywalczył rzut rożny, chce grać do przodu. Może coś z niego być. Japończyk też ma zalety. Jest uśmiechnięty i miły, szybko złapał kontakt z zespołem. Mało? Nie przesadzajcie. Jeszcze kiedyś zaliczy asystę, a może i gola strzeli? Kto wie, los płata figle. Jeszcze strzał Guala został zablokowany, jeszcze Hładun dwa razy pokazał, że coś jednak potrafi i kolejny raz poczuliśmy zawód.

Na co nam była ta zmiana trenera? Tak, wiem krótko pracuje. W taki, razie trzeba było zwolnić Pana Kostę po blamażu z Molde, albo wytrzymać z nim do końca sezonu. Feio nie dał impulsu, żadnego. Nie zmieniło się nic na plus. Na naszych meczach dzieci mogłyby mieć lekcje fizyki o temacie: „ruch jednostajny”. Trudno oprzeć się wrażeniu, że  grajkom też nie bardzo zależy. Nic dziwnego, kilku ich tu już po sezonie nie będzie. Nic się nie zmieniło. Po co więc płacimy teraz dwóm trenerom? Widocznie siedzimy na workach złota. Nie ma kim grać, powiecie. No nie ma, Runjaić też nie miał. To się podobno zmieni. Luquinas ma przyjść. Może i dobrze. Proponuję także Jarką Niezgodę, Prijovicia, a i Furman wniesie niezbędne w środku doświadczenie. Tylko nie zapomnijmy przy tym zwolnić wszystkich skautów i tak są niepotrzebni. I jeszcze słowo o końcu. Perfect śpiewał: „Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść, niepokonanym”. Tak, Panie Szpakowski. Proszę sobie włączyć ten hit zamiast wyciągać wnioski po 30 sekundach meczu mając za partnera Kazka zdziwionego, że Wszołek zostaje z tyłu przy rożnych. Ponoć Feio wprowadził tę „nowinkę”. Panie Kaziu, czas na kapcie i unikanie mikrofonu.

Podziel się:

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on telegram
Share on whatsapp
Share on email

Zobacz również

Przeciętność przetykana magią

Zakończyliśmy sezon zwycięstwem. Po pierwszej połowie wydawało się, że będziemy strzelać kolejne gole. Niestety do końca drżeliśmy o wynik, po raz kolejny w tym sezonie.

Bez szału po puchary

Widać już pierwszy efekt pracy Feio. Nie ma wylewów w obronie. Niby nic wielkiego, a jakże spokojniej ogląda się mecze. I to nawet wtedy gdy

Brawo Panowie

Trzeba się po prostu cieszyć i to z kilku powodów. Zdobyliśmy trzy punkty i dzięki temu jesteśmy na pucharowym miejscu w tabeli, a do końca

Z Legii została tylko nazwa

Ileż było nadziei przed dzisiejszą parodią piłki nożnej. Już wjeżdżaliśmy na podium, już straszyliśmy Jagiellonię. Po sześciu minutach było wiadomo, że będzie ciężko. Graliśmy jednak