Na co dzień jego głos można usłyszeć na antenie RMF MAXXX, a jego kibicowska przygoda z Legią miała swój początek podczas, a jakże, transmisji radiowej. Co jego zdaniem jest przyczyną obecnej sytuacji drużyny, czy ściąganie do klubu ludzi z „legijnym DNA” jest słuszną koncepcją, a Artur Boruc stał się liderem na miarę, jakiej od niego oczekiwano? O tym i wielu innych kwestiach porozmawiałem z Dawidem Miązkiem.
Kto przekazał Ci pasję do kibicowania Legii? To był tradycyjny model z ojca na syna?
Oj, właściwie to… nikt. Mój tato interesował się piłką tylko pobieżnie, a ponieważ pochodzę z Dolnego Śląska, to i wśród kolegów z podwórka nie miałem nikogo nakręconego na Legię, także jestem kibicowskim samoukiem.
Jak długi jest Twój kibicowski staż?
18 czerwca tego roku stuknie mi 25 lat kibicowania. Łatwo mi to policzyć, bo zacząłem kibicować Legii dokładnie w trakcie słynnego meczu z Widzewem. Co więcej, nawet tego meczu nie oglądałem, a jedynie słuchałem relacji radiowej w słynnym studiu S-13. Pan redaktor Andrzej Janisz, który komentował to spotkanie, tak wspaniale oddał atmosferę Łazienkowskiej, że jakoś mnie zahipnotyzował i o ile na początku słuchałem bez emocji, tak pod koniec meczu byłem bliski płaczu z powodu ostatecznego rezultatu. Jest w tym zresztą jakaś symbolika, że całe moje dorosłe życie pracuję w radiu, a wcześniej poprzez fale eteru pokochałem swój klub.
Jesteś bardziej kibicem, nazwijmy to, kanapowym czy jednak jeśli mecz, to tylko z trybun?
Kiedyś z racji tego, że mieszkałem we Wrocławiu, a potem w Krakowie, to właściwie niemal każdy mecz był kanapowy. Dzisiaj staram się w miarę regularnie chodzić na stadion, ale ostatnio głównie na trybunę prasową, a to trochę taki miks kanapy i stadionu.
Jesteś dziennikarzem radiowym, więc pracujesz przede wszystkim głosem. Zdarzyło się kiedyś, że po zbyt głośnym śpiewaniu na Łazienkowskiej, nie byłeś w stanie powiedzieć słowa na antenie?
Jestem też aktorem z wykształcenia, więc wiem jak krzyczeć, żeby nie zedrzeć gardła. Nie przypominam sobie, żebym miał jakąś straszną chrypkę po kibicowaniu, natomiast zdarzało się, że forma dzień po meczu była kiepska, ale to z zupełnie innych powodów…
Była kiedyś taka sytuacja, że prowadziłeś audycję w trakcie meczu i z jednej strony mówiłeś do słuchaczy, a z drugiej gdzieś nerwowo zerkałeś na telefon z odpalonym flashscorem?
Oczywiście! Nawet nie z flashscorem, tylko z odpalonym meczem, z którego nie spuszczałem oka jednocześnie opowiadając na antenie jakąś historyjkę albo zapowiadając muzykę. Co więcej, jak jeszcze studiowałem w szkole teatralnej, to zdarzało się sprawdzać wyniki ukradkiem na scenie albo w kulisach podczas grania spektaklu. Słyszałem też historię o dość znanym aktorze, który grał kiedyś spektakl, mając w jednym uchu słuchawkę i odpaloną transmisję z meczu.
28 kwietnia zeszłego roku Legia zapewniła sobie tytuł mistrzowski. 11 miesięcy później jest na 11. miejscu w tabeli i chyba możemy być spokojni o utrzymanie… Co według Ciebie przyczyniło się do tego, że jesteśmy tu, gdzie jesteśmy? (Rozmawialiśmy przed meczem z Lechią)
Dużo mamy czasu? Najkrócej mówiąc wszystko co dziś się dzieje jest w mojej opinii konsekwencją totalnego rozbicia pięć lat temu w miarę funkcjonujących już struktur i startowania ze wszystkim od zera. Rozumiem, że prezes Mioduski po przejęciu władzy w klubie chciał zarządzać nim po swojemu – miał do tego prawo, ale po co było burzyć wszystko, co zostało po poprzedniku? W rezultacie straciliśmy mnóstwo czasu na eksperymenty w stylu chorwackiej ekipy, która miała tu zbudować drugie Dinamo Zagrzeb, a zostawiła zgliszcza po sobie. Kiedyś zresztą pewnie książki powstaną jak bardzo bezsensowna i brzemienna w skutki była decyzja o ich zatrudnieniu. Kolejne lata stracone, kolejne sezony bez pucharów, kolejne błędy przykrywające poprzednie niepowodzenia, no i koniec końców jesteśmy gdzie jesteśmy, czyli Legia jest w skomplikowanej (eufemizm) sytuacji finansowej, z kadrą o wątpliwej sportowej jakości, bez wschodzących gwiazd, które dałoby się dobrze sprzedać i z wciąż ogromnymi brakami w strukturach.
Dalej mamy elementarne błędy i nielogiczne decyzje. Cały czas karmi się nas jakimiś długofalowymi wizjami o wielkiej Legii, gdy tymczasem zdanie władz klubu potrafi się zmienić z czwartku na piątek o 180 stopni. Magiera zwolniony trzy dni po tym, jak prezes zapewniał o zaufaniu, bo „coś w nim pękło”. Jozak, który nigdy nie był trenerem, zatrudniony jako trener, bo akurat był wolny. Klafurić, którego nikt nie traktował poważnie, zostawiony na stanowisku, choć mistrzostwo wygrał dzięki niebywałemu frajerstwu Lecha. Vuković z zerowym doświadczeniem najpierw jest zatrudniony, bo jest akurat pod ręką, chociaż wcześniej prezes sugerował, że brakuje mu wiedzy na to stanowisko, a następnie podpisuje dwuletni kontrakt tuż przed tym, gdy przegrywa mistrzostwo na finiszu sezonu… Przecież żadna z tych decyzji w ogóle nie trzyma się kupy, nie ma żadnego logicznego uzasadnienia, nie wynika z niczego, a można je mnożyć.
Żeby była jasność ja nie jestem jakoś negatywnie nastawiony do obecnego właściciela Legii. W momencie przejęcia klubu miał u mnie carte blanche. Jeśli uda mu się teraz poskładać i wyprowadzić klub na prostą, to naprawdę będę pierwszym, który będzie bił brawo. Inna sprawa, czy w to jeszcze wierzę…
Natomiast zostawiając ten szerszy kontekst i wracając już konkretnie do obecnego sezonu, to wydaje mi się, że mści się robienie transferów na sztukę zamiast w odpowiedzi na konkretne zapotrzebowanie. Trzech prawych wahadłowych odchodzi z klubu niemal w jednym momencie, nikt o podobnej charakterystyce nie przychodzi, a zamiast tego trener dostaje grupę piłkarzy, którzy pewnie mają jakiś potencjał, ale umiarkowanie pasują do taktyki preferowanej przez niego, a na dodatek nie są do gry na już. Trochę miałem wrażenie, że awans do Ligi Europy zrobiliśmy siłą rozpędu, a zabrakło głębi kadry, żeby przy tym trzymać ligę.

Dariusz Mioduski ocenił, że w 90% Czesław Michniewicz jest winny takiego stanu rzeczy. Zgodzisz się z tym?
Oczywiście, że nie. To znaczy, na pewno ponosi część winy, ale 90%? Daleki jestem od totalnego wybielania trenera, ale nie mam poczucia, że dostał wszystkie narzędzia, żeby dobrze wykonać swoją pracę. Jeśli się handlowcowi nie zapewni laptopa i smartfona, to ciężko wymagać, żeby wyrabiał swoje normy. Analogicznie jak trener nie ma kadry na dwa fronty, to można zakładać, że będzie problem z dobrymi wynikami i w pucharach, i w lidze. Przy czym nie zwalałbym wszystkiego na Radosława Kucharskiego, który miał wiele wad, ale działał, jak umiał w określonych warunkach. Czasem lepiej, czasem gorzej, ostatnio na pewno gorzej, ale zwolnienie go to nic innego jak rzucenie ofiary na pożarcie.
Ale poza wszystkim trener też na pewno mógł wiele rzeczy zrobić lepiej. Nie czuję się kompetentny, żeby oceniać organizację gry i taktykę, ale to w jaki sposób traciliśmy bramki z teoretycznie zresztą słabszymi rywalami, to było kompromitujące.
Spodziewałeś się, że doczekasz dnia, w którym Legia będzie w pewnym momencie sezonu jednym z kandydatów do spadku z ligi?
Spodziewałem się, że nawet statystycznie taki sezon musi się trafić – Ekstraklasa jest na tyle wyrównana, że raz na kilkanaście czy kilkadziesiąt lat i Legii może się to zdarzyć. Ale jakby mi ktoś pięć lat temu powiedział, że tak będzie w tym sezonie, to bym się w głowę popukał. Za to trzy lata temu już bym pewnie uwierzył, ale trudno by mi było uwierzyć, że jednocześnie będziemy grać w grupie LE i bronić się przed spadkiem.
Mityczne DNA, slogany „więcej Legii w Legii” – jak do tego podchodzisz? Droga ze ściąganiem do klubu ludzi takich jak Jacek Zieliński, Tomasz Kiełbowicz, Tomasz Jarzębowski czy Radosław Mozyrko jest słuszna?
Nie mam zdania, szczerze mówiąc. Z jednej strony nie mam takiego przekonania, że ten mityczny „zapach szatni” daje z automatu kompetencje do działania w klubie, z drugiej mam chyba trochę większe zaufanie do ludzi, którzy spędzili tu trochę czasu i nie traktują Legii jak każdy inny klub. Krótko mówiąc, nie wiem, rozliczajmy ich za czyny. Natomiast zabawne jest to, że zwrot w stronę „DNA Legii” w postaci zatrudnienia Zielińskiego nastąpił dopiero wtedy, gdy się okazało, że Jagiellonia chce go zatrudnić. Wcześniej Zieliński robił w klubie za paprotkę i nawet nie był wymieniany w gronie kandydatów do zastąpienia Kucharskiego.
Artur Boruc wracał do Legii jako jej żywa legenda, facet, który miał być liderem na boisku i w szatni. Twoim zdaniem on rzeczywiście był tym liderem, czy czegoś jednak zabrakło?
Na pewno nie był tym liderem w takim stopniu, w jakim od niego oczekiwano. Nie siedzę w szatni więc nie wiem, jak było, ale z zewnątrz wyglądało, jakby uciekał od tej odpowiedzialności scalenia drużyny. Chyba w tych najbardziej krytycznych momentach on miał głowę już ponad problemami Legii. Ale to tylko wrażenie – zaznaczam, bo od środka mogło to wyglądać inaczej i taka opinia byłaby krzywdząca. Natomiast głupie kartki i pyskówki to już fakt, nie opinia. Nawet jeśli one wynikały ze zwykłego wkur… na całą tę sytuację, nawet jeśli chciał dobrze, to jednak osłabiał drużynę i to rzutuje na ogólną ocenę jego powrotu.
Na koniec kwestia trenerska – spekuluje się, że od nowego sezonu drużynę ma poprowadzić Kosta Runjaić. Sądzisz, że to były dobry wybór na tę chwilę?
Cofnijmy się w czasie o kilka miesięcy. Prezes Mioduski niemal chwilę po zatrudnieniu Marka Gołębiewskiego na stanowisku pierwszego trenera (który oczywiście ma pełne zaufanie) ogłasza, że Legia chce ściągnąć Marka Papszuna. Pomijając już, że cała operacja ściągnięcia szkoleniowca Rakowa była kompromitacją władz Legii, to sam pomysł pokazuje kompletne niezrozumienie realiów. Marek Papszun to bardzo dobry trener, ale jest jedynie końcowym ogniwem doskonale zaprojektowanej i funkcjonującej maszyny. Bardzo ważnym, ale jednak ogniwem. I zamiast próbować równie sensowny projekt realizować w Warszawie, to próbuje się wyjąć to jedno ogniwo i oczekuje się, że w magiczny sposób uzdrowi to cały klub. No nie, nie uzdrowi. Tak to nie działa.
I teraz mamy chyba analogiczną sytuację z Runjaiciem. To jest świetny trener, ale w Pogoni dostał czas, zaufanie i narzędzia, które być może, bardzo mu tego życzę, zaowocują Mistrzostwem Polski. My przecież wszyscy czujemy, że i z czasem, i z zaufaniem, i z narzędziami może być w Legii trudno.
Natomiast, tak czy siak, cieszę się, że rozmawiamy jednak o Runjaiciu, a nie o kolejnych dziwnych eksperymentach. Chociaż kto wie? Jutro koncepcja może się zmienić. Był czas przywyknąć…
Rozmawiał Dawid Ziółkowski



