Wygrała drużyna słabsza. Naszym grajkom po sobocie włączył się tryb gwiazdorski połączony z funkcją eco. Wyszła z tego niestrawna mieszanka. Nie dało się tego oglądać. Nie dało się znaleźć pozytywów w naszej grze. Może i dobrze, że taki mecz się zdarzył. Po zwycięstwie z Rakowem media piłkarzyków zagłaskały i ci chyba uwierzyli w to, że są niesamowici w tym co robią. Tymczasem nie sposób było, oglądając mecz, stwierdzić, która drużyna gra w Ekstraklasie, a która biega po drugoligowych boiskach. Wstyd. Tym bardziej, że wyszliśmy galowym składem, z jedną tylko zmianą w polu w porównaniu do sobotniego ligowego meczu.
Zwycięskiego gola strzeliliśmy w 2. minucie. Ribeiro wbiegł w pole karne, wycofał do Strzałka, a ten naciskany przez obrońców ładnym strzałem zdobył swojego debiutanckiego gola w oficjalnym meczu dla Legii. I to było ostatnie dobre zagranie naszego młodzieńca. Potem zaliczał już tylko proste techniczne błędy i straty. Zszedł w przerwie, pożegnaliśmy go bez żalu. W 4. minucie bramkarz rywali trafił w stopę Pekharta i piłka odbiła się od słupka. Szkoda. To była jedna z ostatnich dobrych sytuacji w meczu. Rywale po kilku chwilach oszołomienia ruszyli na nas. My znowu twardo, pod pressingiem rozgrywaliśmy wszystko po ziemi prosząc się o kłopoty. Gospodarze w pierwszej połowie nie byli w stanie nam realnie zagrozić. A u nas Muci znowu założył czapkę niewidkę, Czech czuł się jak Lewandowski w reprezentacji, a Josue postanowił swoją nonszalancją udowodnić wszystkim, że z tą ściepą na jego kontrakt trzeba się wstrzymać.
Drugą połowę zaczęliśmy z Rosołkiem i Sokołowskim. Bez bardzo słabego Muciego i zagubionego Strzałka. Nasi idole dokonali czegoś niemożliwego. Zagrali jeszcze gorzej, niż w pierwszej części gry. Zdominował nas drugoligowiec. Młode chłopaki, dwa poziomy rozgrywkowe niżej, grali lepiej od warszawskich gwiazd. Zdominowali nas. Pierwszy kwadrans był tragiczny w naszym wykonaniu. Na bramkę Miszty sunął atak za atakiem. Straty zaliczali Slisz i Ribeiro. Jeśli już mieliśmy piłkę, ta trafiała do Josue. Portugalczyk chciał grać ładnie, zapominał o dokładności i wychodziły z tego niechlujne zagrania do rywali. A ci się napędzali. W 57. minucie Miszta uratował kolegów przyjmując na siebie strzał z bliska. Kolejne minuty to kolejne sytuacje dla rywali, nasz bramkarz jednak spisywał się jak trzeba. Grali szybko, z polotem. Wymieniali pozycję. Robili to wszystko czego każdy zdroworozsądkowy kibic oczekiwał od Legii. Rosołek nie dał niczego. Kiedyś ochrzciłem go „Królem Chaosu” i dziś sobie o tej ksywce przypomniał. Jeśli Sokołowski miał wzmocnić środek pola, to mu się nie udało, pokazał za to jak zawodowy piłkarz może w dobrej sytuacji nie trafić w światło bramki. Pierwszy raz wyszliśmy z porządną akcją dopiero w 73. minucie, wcześniej Sokołowski celnie uderzył z dystansu. Kwadrans przed końcem Augustyniak dobrym wślizgiem uratował nas chyba przed stratą gola. Ten sam zawodnik w końcówce niemal nie zaliczył samobója, jednak ta przypadkowa sytuacja skończyła się poprzeczką.
Doliczony czas gry był w naszym wykonaniu tak tragiczny, że aż śmieszny. Pokonaliśmy galaktyczny Raków, walczymy o Mistrza, do końca, ura bura. Tymczasem przeciwko zawsze groźnemu drugoligowemu KKS Kalisz odstawiamy trzymanie piłki w narożniku boiska. Nic w tym złego, ale my to robiliśmy z konieczności, bo każdy atak rywali był groźny, nawet ich ostatnia akcja. W końcu sędzia litościwie zagwizdał po raz ostatni. Wstyd, wstyd, po trzykroć wstyd.

KKS Kalisz – Legia Warszawa 0:1 (0:1)
Gol: Strzałek (2’)
Żółte kartki: Łuszkiewicz (12’), Głaz (90’ +3’), Zawistowski (90’ +3’) – Jędrzejczyk (53’), Josue (90’ +3’)
Czerwona kartka: Zawistowski (90’ +3’)
KKS Kalisz: Krakowiak – Smoliński, Łuszkiewicz (Głaz 45’), Kendzia – Koczy (Putno 82’), Borecki (Staszak 88’), Wysokiński (Gęsior 88’), Lipkowski – Zawistowski (Wilczyński 82’), Giel, Gordillo
Legia Warszawa: Miszta – Jędrzejczyk, Augutsyniak, Ribeiro – Wszołek (Johansson 69’), Josue, Strzałek (Sokołowski 46’), Slisz, Mladenović (Baku 69’) – Muci (Rosołek 46’), Pekhart (Carlitos 76’)
Fot. Mateusz Kostrzewa / Legia.com



