zarówno w defensywie

Tymczasowość [Zarówno w ofensywie, jak i defensywie, odc.2]

Przez niemal 5 lat swoich samodzielnych rządów w Legii Warszawa Dariusz Mioduski utwierdził mnie w przekonaniu, że jest fanem twórczości Anny Jantar. Sternik klubu wziął sobie bardzo mocno do serca słowa „nic nie może wiecznie trwać” i tak, każda z jego rewolucji i nowych strategii w klubie kończyła się po kilku, kilkunastu miesiącach. A to doprowadziło nas do punktu, w którym jesteśmy.

Rewolucji, zmian strategii, koncepcji struktury klubu etc. od chwili, kiedy Dariusz Mioduski został jedynym właścicielem Legii i jej prezesem było co najmniej kilka. Weźmy pod lupę pierwszą, która nastąpiła po pół roku – we wrześniu 2017 roku do Warszawy sprowadzono tzw. zaciąg chorwacki – Romeo Jozaka (trener), Ivana Kepciję (dyrektor techniczny) i Viktora Bezhaniego (szef skautingu). Mydlono nam oczy budową klubu zorganizowanego z akademią na poziomie Dianama Zagrzeb, z którego panowie się wywodzili. Bałkańska grupa wyspecjalizowała się jednak przede wszystkim w tym, aby pięknie opowiadać i snuć wielkie plany, a prym wiódł w tym Jozak. Okej, udało się zdobyć wówczas mistrzostwo Polski już z Deanem Klafuriciem za sterami, jednak jak przyznał w naszym podcaście Radosław Cierzniak, tytuł zdobyła drużyna swoją determinacją. Romeo pożegnał się z posadą już w kwietniu 2018 roku, Bezhani odszedł z klubu 1 sierpnia (razem z Klafem), a Kepcija nieco ponad miesiąc później. Specjaliści ściągnięci przez prezesa niczym zbawcy, zdążyli okrasić swój pobyt w Warszawie kompromitacją w eliminacjach Ligi Mistrzów oraz Ligi Europy. Zmarnowano niemal rok, w trakcie którego drużyna się nie rozwinęła, nie zbudowano jej trwałych fundamentów, ani nie wzmocniono na tyle, aby w kolejnym sezonie zdobyła tytuł. I tak było z każdym kolejnym „projektem”. 

Karuzela, karuzela…

Od sierpnia 2018 wygląda to tak – Aleksandar Vuković (tymczasowo), Ricardo Sa Pinto, Aleksandar Vuković, Czesław Michniewicz, Marek Gołębiewski, Aleksandar Vuković (tymczasowo). Dariusz Mioduski w kwestii zatrudniania i zwalniania kolejnych trenerów zapewnił nam przejażdżkę kolejką górską i niektórym mogło zakręcić się w głowie. Okej, ten temat był już wałkowany tysiąc razy, ale warto jednak uzmysłowić sobie skalę tej wszechobecne amatorki i po prostu burdelu w zarządzaniu – 60 miesięcy samodzielnego rządzenia klubem (umownie), siedmiu trenerów. To daje nam średnią pracy jednego trenera o długości 8,5 miesiąca. 8,5 miesiąca! Co trwałego i spójnego można zbudować przez taki okres? Mioduski do perfekcji opanował język spod znaku farmazonu. Każda kolejna wprowadzana pod wpływem chwili i nastroju zmiana, firmowana jako pomysł, który wreszcie usprawni pracę klubu, kończyła się klapą. Od pięciu lat Legia nie miała spójnej i klarownej polityki transferowej, która powinna być wypracowana. Działano na zasadzie znajomości i zachcianek poszczególnych trenerów. A kiedy jeden trener odchodził, gracze sprowadzani na jego życzenie przesiadywali na ławce albo trybunach, a w końcu byli oddawani bez żalu. Każdy kontraktowany szkoleniowiec miał inną wizję taktyczną i odbijaliśmy się od ściany do ściany. Efekt takiego zarządzania klubem mieliśmy latem 2019 roku, kiedy sezon dogrywaliśmy nie zespołem, a zlepkiem pomysłów Jozaka, Klafuricia i Sa Pinto. Oczyszczenie szatni po tamtym sezonie (za co zawsze będę wdzięczny Vuko) i dokonanie sensownych ruchów personalnych dało nam powody do myślenia, że zmierzamy jednak w dobrym kierunku. Niestety dziś widzimy, jak się pomyliliśmy.

Kulminacja 

Obecny sezon to całkowite apogeum dramatycznych działań właściciela, jakie prowadzi od marca 2017 roku. O ile Legia wystartowała naprawdę dobrze, szczególnie w europejskich pucharach, w których wreszcie wróciliśmy na, powiedzmy górnolotnie, salony klubowej piłki, to kolejne tygodnie to był już całkowity zjazd. Te trzy miesiące, od chwili zwolnienia Czesława Michniewicza do zakończenia rundy, uwypukliły wszystkie złe decyzje prezesa wraz z ich konsekwencjami. Zwiastunem tego były transfery, które zostały przeprowadzone niechlujnie, wbrew rekomendacjom trenera i nie pasujące do stosowanej taktyki. Potem zadziałano na zasadzie „dobra, zwalniamy trenera i zobaczymy co się stanie”. Przy wyrzucaniu Michniewicza Mioduski nie miał przygotowanego absolutnie żadnego planu B. W momencie powstania największego kryzysu w zespole od lat, powierza się go w ręce trenera, który nie pracował wyżej niż w 1. Lidze. Z całym szacunkiem dla niego, ale Marek Gołębiewski totalnie sobie nie poradził, a Legia całkowicie zmarnowała ten czas. Jasne, niby jego umowa obowiązywała do czerwca, ale nie wierzę w to, że zawodnicy nie domyślali się, że to jest rozwiązania chwilowe i jego za moment w szatni nie będzie. Atmosferę tymczasowości potęgowały także nieprzemyślane wypowiedzi prezesa dotyczące zatrudnienia Marka Papszuna. Potem niespodziewanie nastąpił powrót Vuko, który niby ma pełnić obowiązki tylko do końca sezonu, ale za chwilę Jacek Zieliński puszcza oko i mówi, że Serb jest jednym z kandydatów do objęcia drużyny na stałe. Doszliśmy niestety do punktu, gdzie nic nie jest pewne – zaczynając od nazwiska trenera na nowy sezon, poprzez kształt drużyny, kończąc na właścicielu, który za chwilę może spakować walizki i odejść. A to wszystko dzieje się w momencie, kiedy walczymy o utrzymanie i choć do wielu osób wciąż to nie dociera, to wygląda na to, że będziemy bili się o nie do końca. I hasła w stylu „To jest Legia! Nigdy nie spadniemy!” niestety nic tu nie pomogą. 

Podziel się:

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on telegram
Share on whatsapp
Share on email

Zobacz również