Zeszły sezon, który był niczym najgorszy koszmar dla większości z nas, jako kibiców Legii spowodował, że w klubie zmieniło się wiele rzeczy. Dyrektor sportowy, trener, realizacja transferów, podejście do kibica etc. Nie zmieniło się za to jedno – podejście tzw. środowiska do Wojskowych. Nadal przeciwnik na boisku może pozwolić sobie przeciwko Legionistom na więcej, a wynik poprzednich rozgrywek ma być potwierdzeniem tezy, że Legia się „skończyła”.
Bodajże w listopadzie 2020 roku na łamach portalu „Płońsk w Sieci” napisałem tekst o obiektywizmie względem Legii, odnosząc się do różnych środowisk – dziennikarzy, przedstawicieli innych klubów, PZPN, kibiców itd. Pojawił się tam choćby wątek sędziowania i w tym kontekście napisałem tak – Trend jest taki, że wszystko co dzieje się nie na korzyść Legii, bądź jest decyzją ewidentnie krzywdzącą, sprowadza się po prostu do rangi sędziowskiego błędu. Ot, zdarza się. Sędzia też człowiek […]. Od tego czasu, choć mamy nowego prezesa federacji i nowego szefa kolegium sędziów, to nie zmieniło się wiele. Przeciwko Legii dalej można sobie pozwolić na zdecydowanie więcej niż przeciwko innemu przeciwnikowi. Mecz w Kielcach dobitnie to pokazał. Trudno winić Leszka Ojrzyńskiego, że przygotował swoich piłkarzy na taką właśnie grę, bo styl jego ekip jest niezmienny od lat. Trzeba za to winić Tomasza Musiała za sposób prowadzenia meczu, który w pewnej chwili ewidentnie wymknął mu się spod kontroli. Nie gwizdane były ewidentne złośliwe zagrania – uderzenia łokciem, czy odepchnięcia bez szans na odbiór piłki, ale gwizdek reagował często na zupełnie błahe sytuacje. Oczywiście gwoździem programu, spécialité de la maison sobotniego wieczoru w wykonaniu arbitra był całkowity brak reakcji na oczywisty faul Bartosza Śpiączki na Maiku Nawrockim, który zakończył się pęknięciem kości czaszki u obrońcy.
Krwawy sport
Pan Mielcarski był łaskaw stwierdzić, że napastnik kielczan ma właśnie taki styl. A no skoro tak, to ja bardzo przepraszam. Zwracam honor, całuję rączki. Niedobrze się człowiekowi robi, jak tego słucha. Chociaż z drugiej strony, jakiej reakcji można wymagać od ludzi, którzy nie krytykowali gości polujących na kości Luquinhasa, ale Brazylijczyka, ponieważ „sam jest sobie winien, bo zbyt dużo drybluje”(!). Trzeba też zwrócić uwagę, że eksperci C+ (byli lub obecni) sami byli piłkarzami w typie takiego właśnie Śpiączki, Tosika czy Tetteha. Tak więc w sumie, werdykty zgodne z ich stylem. Nie podważam absolutnie faktu, że w Kielcach zespół Runjaicia nie wyglądał olśniewająco, ale wyobrażacie sobie sytuację, gdyby to np. Jędrzejczyk czy każdy inny piłkarz z Warszawy. złamał nos rywalowi po uderzeniu łokciem? Powstałby temat do dyskusji na jakieś dwa tygodnie. I zapewne sprawa oparłaby się o Komisję Ligi. Absolutnie daleki jestem o stwierdzenia, że sędziowie zachowuję się tak, a nie inaczej z własnej inicjatywy (no może oprócz Frankowskiego). To jest w dużej części pokłosie tego, że od wielu miesięcy funkcjonujemy w tej chorej otoczce, że broń Boże nie można gwizdać nic kontrowersyjnego na korzyść Legii, a rzut karny dyktujemy wtedy, gdy rywal niemal złamie nogę zawodnikowi w białej koszulce. Był przecież taki okres, że Wojskowi czekali na karnego 294 dni. Mój redakcyjny kolega, Rumcajson zauważył ostatnio (i słusznie), że znaleźliśmy się w takim położeniu, że trzeba być 3 razy lepszym od rywala, żeby wygrać 1:0.
Syndrom wyparcia
Ostatnio całkiem przypadkowo natknąłem się fragment „Wysokiego Pressingu”, w którym Andrzej Janisz Brutalnie znokautował Radosława Nawrota, punktując na wszystkie możliwe sposoby jego tezę, jak to Legia i Lech „raz walczą o mistrzostwo, raz nie”. Precyzyjność „ciosów” redaktora Janisza względem oponenta była tak duża, że czekałem tylko na okrzyk Darii Kabały Malarz „Stop! Stop. He’s already dead!”. Redaktor Nawrot jest przedstawicielem poznańskiego środowiska, które najwyraźniej cierpi na coś w rodzaju syndromu wyparcia (albo syndromu legijnego, z którego trudno się wyleczyć). To środowisko po sezonie z 10. miejscem oceniło, że to koniec, a Legii nie ma i nie będzie w czołówce przez najbliższą dekadę. Niesamowite jest to, że po zdobyciu tego upragnionego w Wielkopolsce tytułu wiele spraw dalej obraca się wokół klubu z Warszawy i co chwila ktoś do Legii nawiązuje. Myślę, że nie tylko w Poznaniu, ale także w innych miastach liczą na to, że w stolicy wreszcie to wszystko padnie i czeka nas tylko powolna degrengolada finansowa i sportowa. Patrząc jednak choćby na obecne okienko transferowe i porównując kwoty jakie wydała Legia, a jakie wydał wspomniany Lech, to raczej pogłoski o naszej śmierci są mocno przesadzone. Nie wiem czy drużynę po kolejnej przebudowie stać będzie na mistrzostwo Polski już teraz, ale nasuwa mi się jedna myśl – balonik oczekiwań wszystkich „dobrze” życzących Wojskowym niebawem pęknie, a smród utrzyma się w powietrzu jeszcze długo.




