Powrót Aleksandara Vukovicia do Legii i powierzenie mu drużyny po eksperymencie z Markiem Gołębiewskim był dla mnie niemałym szokiem. Obie strony po niezbyt przyjemnym rozstaniu jesienią 2020 roku musiały schować dumę do kieszeni i nawiązać nić porozumienia. Aco wykonał tytaniczną pracę, jednak wydarzenia ostatnich dni pokazują, że ostateczne rozstanie wraz z końcem kontraktu jest koniecznością.
Mówiąc szczerze, mój stosunek do Vuko od momentu jego zwolnienia we wrześniu 2020 roku jest dość ambiwalentny. Każdy kto pamięta okoliczności tamtego rozstania wie, że Legia nie grała na miarę swoich możliwości i potencjału. Siermiężność sposobu gry, jaki zaproponował wówczas Serb, była nie do przyjęcia, bo zaczęliśmy ograniczać się jedynie do „lagowania” na Tomasa Pekharta. Uwypuklił to przede wszystkim mecz z Omonią, która umówmy się, nie była wybitnym przeciwnikiem. Okej, być może, gdyby nie Stevie Wonder z gwizdkiem, historia potoczyłaby się inaczej, jednak w tamtym spotkaniu wyglądaliśmy na tle Cypryjczyków jak ubogi krewny. Ubogi piłkarsko i taktycznie. Kompletnie nie podobała mi się późniejsza narracja Vukovicia, który w wywiadzie bodajże dla sport.pl reakcje po odpadnięciu z Omonią nazwał „aferą”. Nie przeczytałem tam ani słowa refleksji czy samokrytyki, zastanowienia się nad tym, co zrobiłem źle/co mogłem zrobić lepiej? Winni niepowodzenia okazali się Mioduski, Kucharski, Michniewicz i Piekarski, który kopał pod nim dołki i namawiał do jego zwolnienia. Osobiście nie mam wątpliwości co do tego, że ta decyzja była słuszna, bo Czesław Michniewicz pokazał, że można z tej grupy zawodników wycisnąć zdecydowanie więcej i grać zupełnie inaczej.
Ani dnia dłużej…
Ponownym objęciem drużyny, a szczególnie słowami o tym, że zdecydował się wejść w sam środek pożaru, bo pali się jego „dom”, serbski szkoleniowiec niewątpliwie mi zaimponował. Trzeba mieć jaja, żeby nie unosić się honorem, przynajmniej na chwilę zapomnieć o dawnych urazach i zacząć działać na rzecz klubu ramię w ramię z ludźmi, z którymi nie tak dawno rozstałeś, delikatnie mówiąc, w nie najlepszych stosunkach. Plan od samego początku wydawał się prosty – Aleksandar Vuković wypełnia swój kontrakt obowiązujący do 30 czerwca 2022 roku, a w nowym sezonie Legię prowadzić będzie już nowy szkoleniowiec i on zajmie się nadzorowaniem kolejnej przebudowy drużyny. Potwierdził to sam zainteresowany w jednym z wywiadów – Wiem, jakiego zadania się podjąłem i chcę je wykonać jak najlepiej. Kontrakt obowiązuje mnie do 30 czerwca i jestem gotowy pracować do jego końca. Ani dnia dłużej […] wróciłem do Legii, do swojego klubu, jedynego miejsca, w którym pracowałem jako trener, ale zbliża się moment, w którym będę chciał być odbierany jako szkoleniowiec mogący pracować gdzieś indziej. (za “Przegląd Sportowy”) Wydawało się więc, że obie strony są świadome swoich oczekiwań i tego, że będą współpracowały przez najbliższe pół roku. Ziarno niepewności (moim zdaniem zupełnie niepotrzebnie) zasiał w lutym Jacek Zieliński, który między wierszami dał do zrozumienia, że Vuko jest w gronie kandydatów do objęcia posady trenera w przyszłym sezonie. Czy w dłuższej perspektywie wpłynęło to pozytywnie na atmosferę w klubie i wokół zespołu? Niestety nie.
… a może jednak?
Po udanym okresie w lidze, kiedy drużyna wygrała z bezpośrednimi rywalami do utrzymania, zdobyła komplet oczek z Wisłą Kraków oraz Lechią oraz zdołała urwać punkty Rakowowi i Lechowi, z pewnością w głowie szkoleniowca z Serbii pojawiła się myśl, że dał podstawę do tego, aby rozważyć go jako opiekuna Legionistów na dłużej. Tym samym zmieniła się narracja i w rozmowie z redakcją meczyki.pl Aco mówił już tak – Czy pojawiła się myśl: „Może Legia zostawi mnie na dłużej?”. Szczerze, to tak, pojawiła się spontanicznie […] Jestem człowiekiem myślącym – zacząłem myśleć w tych kategoriach, że można będzie o tym dyskutować. Dalej przyznał, że poczuł się zwodzony przez dyrektora sportowego i ta sytuacja jest „minusem” tego półrocza. Tym samym tradycyjnie ludzie zarządzający Legią sami stworzyli nowy, nikomu niepotrzebny problem. Z drugiej jednak strony, w cytowanej wyżej wypowiedzi z końcówki stycznia sam Vuković określił się dość jasno, że w klubie widzi się do końca kontraktu i chciałby spróbować popracować w innym otoczeniu. Argument o tym, że nie wiedział na czym stoi jest więc chyba nie do końca trafiony, choć jego użycie nie może dziwić. Najwidoczniej coś z według niego się zmieniło, stąd pojawiły się skryte oczekiwanie propozycji dalszej pracy na Łazienkowskiej.
Z korzyścią dla wszystkich
Z mojej perspektywy cała ta sytuacja pokazuje, że na tym etapie rozwód między Legią a Vuko jest konieczny i będzie korzystny dla obu stron. Mam wrażenie, że przedłużenie współpracy równałoby się z podtrzymaniem pewnego rodzaju tymczasowości i powrotu do formuły, która już była i sprawdziła się połowicznie. Tu najwyraźniej potrzeba czegoś nowego i z pewnością także tym kierował się Jacek Zieliński, stawiając na (chyba) Kostę Runjaicia. Alekasandarowi Vukoviciowi praca w innym klubie i środowisku może tylko pomóc – zarówno w zawodowym rozwoju, jak i odklejeniu łatki „strażaka”.
Dawid Ziółkowski



