Od kilku lat kibicom Legii serwowany jest koncept legijnego DNA – klub w swoim genotypie miałby mieć zakodowane ciągłe parcie naprzód, wiarę w zwycięstwo w każdych okolicznościach, waleczność na boisku, wierność tradycji. Choć pięknie to wygląda na papierze i jest wspaniałe do ogrania marketingowo (a właściwie było, bo nie zrobiono tego w odpowiednim momencie), to czy rzeczywiście istnieje coś takiego? Czy legijne DNA to tylko marketingowy trick, na który wielu dało się nabrać?
Szukając podstaw legijnego DNA zacząć wypada, jak mówią, od samego początku. Klub stworzony przez żołnierzy, legendarnych Legionistów Piłsudskiego, którzy wolę walki i nieustępliwość wpajane mieli od maleńkości. To oni dali naszemu krajowi tak upragnioną niepodległość, nie może być więc piękniejszego mitu założycielskiego, niż ten nasz. Mieliśmy więc zalążek DNA, podstawę do tworzenia pięknej przyszłości, która potem przekształci się w piękną historię. I rzeczywiście, Legia przez lata stała się najbardziej utytułowanym polskim klubem, grała z powodzeniem w Europie, dawała wielu wspaniałych reprezentantów.
Ostatnia dekada to czas największych sukcesów na krajowym podwórku. Seryjnie zdobywane Mistrzostwo Polski, kilka naprawdę dobrych europejskich meczów, zbudowanie najwyższej klasy ośrodka sportowego dla Akademii, to kolejne wiązania dokładane do helisy. Wydawałoby się więc, że z takiego materiału genetycznego powstać może już tylko super-klub (zachowując oczywiście lokalne proporcje), który nie odda swej pozycji przez długi czas. I nagle nasz łańcuch pękł. DNA Legii rozpadło się na miliony elementów i nikt nie jest w stanie go poskładać. Dlaczego?
Niestety, z jednej strony mieliśmy podstawy, żeby myśleć i mówić o wielkości, z nadzieją patrzeć w przyszłość, z drugiej jednak zamiast szukać piłkarzy z naszego genetycznego wzorca, wybieraliśmy jednostki zupełnie do tego DNA nieprzystające. Parcie naprzód, waleczność? Po co się przemęczać, wieczorem przecież trzeba uderzyć w miasto… Wiara w zwycięstwo do ostatniej chwili? Po pierwszej straconej bramce rozkładamy ręce i pozostajemy na kolanach… Wierność tradycji? Ale o jakiej tradycji mówimy, skoro 80% drużyny nie ma pojęcia o „warszawskości”, o historii, o więzi klubu z miastem i jego mieszkańcami…
Czy w takim układzie mówienie o legijnym DNA już nie ma racji bytu? Czy pozostanie tylko na planszach z pomysłami w marketingowych gabinetach? Nie! DNA Legii istnieje, ale nie w takiej formie, o jakiej mówiono w klubie. Jego nośnikiem jesteśmy my – kibice. To my jesteśmy zbudowani w oparciu o jego łańcuch. W nas wiara nigdy nie gaśnie, wierność tradycji nie zanika, pamięć o historii jest wiecznie żywa. A ponieważ dzielimy wspólny kod, jesteśmy jedną wielką rodziną. Na stadion przyprowadzali nas nasi ojcowie, my przyprowadzamy nasze dzieci, one przyprowadzą swoje. Jesteśmy nieskończonym źródłem legijnego DNA.
I żeby to DNA wróciło do klubu, potrzebuje on w swoich szeregach więcej lokalności, potrzebuje w drużynie chłopaków, którzy wiedzą czym jest Legia Warszawa, którzy dla niej będą w stanie walczyć na boisku do ostatniego oddechu. Tylko wtedy klub ma szansę na budowanie swojej wielkości na stabilnej podstawie. Nie stanie się to dziś, nie stanie jutro, ale mam nadzieję, że „dalekosiężne wizje i plany” kiedyś skręcą właśnie w tę stronę.



