zarówno w defensywie

Ku normalności? [Zarówno w ofensywie, jak i defensywie – odc. 1]

Kiedy bodajże 27 grudnia natknąłem się na Twitterze na wiadomość, że Radosław Kucharski odchodzi z Legii, a na stanowisku dyrektora sportowego zastąpi go Jacek Zieliński, szybko sprawdziłem czy newsa nie wypuściło przypadkiem Jezioro Sportu. Mam ogromną nadzieję, że ta decyzja zapoczątkowała nadejście pozytywnych zmian w pionie sportowym klubu.

Wielokrotnie w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy wdawałem się na Twitterze w polemikę z jednym z obrońców działań Radosława Kucharskiego i jego polityki transferowej. Nie wszystko się da i powinno usprawiedliwiać niskim budżetem oraz statusem, jaki Legia posiada na rynku transferowym (nie mówię tu o rywalizacji z klubami z lig TOP10, bo na tę chwilę odjechali nam Węgrzy czy Czesi). Od razu chcę zaznaczyć, że nie odsądzam byłego już dyrektora sportowego od czci i wiary, nie twierdzę, iż wszystko co robił przez te ponad 3 lata na swoim stanowisku było złe, jednak każdy potrafiący zdrowo ocenić sytuację człowiek zauważy, że dwa ostatnie okienka transferowe zostały rozegrane katastrofalnie. Chodzi przede wszystkim o brak odpowiedniego timingu i strategii uzupełniania ubytków w kadrze 1. zespołu i stworzenia możliwości rywalizacji na poszczególnych pozycjach. Nie jest to normalne, że od momentu odejścia Luisa Rochy w lutym zeszłego roku, Filip Mladenović przez pół roku nie miał zmiennika/konkurenta na lewym wahadle. W profesjonalnym klubie nie może dojść do sytuacji, że w jednym okienku kończy się współpracę z trzema zawodnikami na pozycję wahadłowego (abstrahując od tej całej burzy wywołanej przez żonę Veso i fochów Wszołka), a w to miejsce sprowadza się nominalnego prawego obrońcę, który dodatkowo musi nadrobić zaległości treningowe. Kucharski przespał moment przygotowania sobie gruntu pod zabezpieczenie prawej strony, nawet mając z tyłu głowy fakt, że Juranović jeśli zagra na EURO, może być łakomym kąskiem na rynku transferowym. Przez pół roku nie zrobiono kompletnie nic, jeśli chodzi o wzmocnienie rywalizacji w środku pola, dlatego po kontuzji Bartosza Kapustki nie było nawet minimalnego pola manewru, a Czesław Michniewicz był zmuszony wystawiać słaniającego się na nogach Martinsa. Letnie transfery również nie powaliły na kolana. Świetnym strzałem z pewnością okazał się Maik Nawrocki, jednak Joel Abu Hanna, Lindsay Rose, wspominamy Mattias Johansson, Yuri Ribeiro czy Lirim Kastrati wciąż są w gronie dużych niewiadomych. Szczególnie ten ostatni, bo o ile dał wygraną w Moskwie, to poza tym nie można potraktować go jako realnego wzmocnienia. Klub wydał rekordowe 1,3 mln euro na faceta, który tak naprawdę nie powinien tu trafić, bo grając w systemie z wahadłowymi, po prostu nie było dla niego miejsca w składzie. Osobna opowieść to czysto piłkarskie umiejętności Kosowianina. Oddzielnie można wziąć pod lupę Mahira Emreliego. O ile początkowo Azer sportowo bardzo się bronił i wyrastał na prawdziwego kozaka i lidera ofensywy, to z tygodnia na tydzień jego forma i chyba także motywacja, leciały na ryj. Wygląda też na to, że Radosław Kucharski nie wykonał należytego researchu co do kwestii mentalnych i wychowawczych. Już po doniesieniach o jego alkoholowych wybrykach azerskie media podawały, że nie był to pierwszy taki wyskok i już szkoleniowiec Karabachu miał do napastnika duże obiekcje na tym polu. Podsumowując, ostatnie miesiące pracy byłego dyrektora sportowego z pewnością nie zasługują na laurkę. Delikatnie mówiąc.

Strefa spadkowa naszym wybawieniem?

Kiedy 8 grudnia Dariusz Mioduski będąc gościem Legia Talk ogłosił wszem i wobec, że generalnie to „jest fajnie, fajniusio”, nie ma podstaw, aby mówić, że klub pikuje na łeb na szyję i zmieniać dyrektora sportowego, nam kibicom pozostało jedynie usiąść i płakać. Dodatkowo od kilkunastu dni trwała inba wywołana wywiadem prezesa, w którym stwierdził, że chce zatrudnić Marka Papszuna i jest on kandydatem idealnym na stanowisko trenera. Co więc stało się trzy tygodnie później, że jeden z najbliższych współpracowników właściciela klubu pożegnał się z posadą? Może jestem trochę naiwny, ale chyba cała ta sytuacja po meczu z Wisłą Płock, dymisja Marka Gołębiewskiego, dodatkowo teksty Dominika Piechoty obnażające wszechobecną na klubowych korytarzach niekompetencję, zmusiły wreszcie Mioduskiego do refleksji. Z pewnością była to refleksja gorzka, bo nie trzeba być ekspertem, żeby ocenić, że dalsza praca w takim trybie jak dotychczas i poruszanie się w sportowych realiach na zasadzie chwilowych impulsów i bez prawdziwej strategii może doprowadzić do upadku z ogromnym hukiem. Paradoksalnie ta strefa spadkowa stała się dla nas (a przynajmniej tak to w tej chwili wygląda) niczym katharsis. Pojawiła się szansa na całkowite pozbycie się poważnej choroby, która zagraża całemu organizmowi, jakim jest klub, a nie na podawanie kolejnej tabletki aspiryny.

Obiecujący start „Ziela”

Wiele razy w Legii mówiło się o słynnym DNA klubu, bardzo często tego nadużywając, co przełożyło się na dewaluację i zobojętnienie tego pojęcia, jednak jeśli już miała dokonać się zmiana na stanowisku DS, to nie było lepszego kandydata niż Jacek Zieliński. „Zielu” poznał klub chyba z wszystkich możliwych pozycji – zawodnika, trenera czy pracownika akademii. Z pewnością obserwując to wszystko z boku mógł nabrać nieco dystansu i gdzieś w podręcznym notesie zapisać swoje przemyślenia. Trzeba też pamiętać o 3 latach pracy Wigrach Suwałki, które za jego kadencji dotarły do półfinału Pucharu Polski, a wcześniej awansowały na zaplecze Ekstraklasy. Podczas swojego pobytu na północy kraju sprowadził do klubu takich graczy jak Damian Kądzior, Rafał Augustyniak, Damian Gąska czy Jakub Bartkowski. Absolutnie daleki jestem od jego gloryfikowania, bo na to zdecydowanie za wcześnie, jednak można zauważyć pierwsze symptomy pozytywnych zmian. Po pierwsze, Zieliński zatrzymał szaleństwo związane z zatrudnieniem Marka Papszuna. 250 tysięcy złotych miesięcznie, kontrakt na 3 lata, rozbudowany sztab + duża autonomia w kwestii transferów. Brzmi jak wstęp do potencjalnej, kolejnej katastrofy. Zaproponowanie jakiemukolwiek trenerowi długoterminowej umowy, podczas, gdy w ostatnim czasie średni czas pracy szkoleniowca przy Łazienkowskiej nie wynosił nawet roku, z rekordową jak na nasze warunki pensją, to droga donikąd. Podobnie jak przekazanie mu odpowiedzialności za transfery. Model, w którym każdy kolejny zatrudniony trener miał inną koncepcję gry i budowania drużyny całkowicie się nie sprawdził. Kulminację tego mieliśmy latem 2019 roku, kiedy sezon kończył nie zespół, ale zlepek pomysłów Jozaka, Klafuricia i Sá Pinto. Po drugie, nowy DS podjął dość szybkie działania w kontekście uzupełnienia kadry. W chwili rozstania się z André Martinsem, sprowadzony został zawodnik 1:1 na jego pozycję, czyli Patryk Sokołowski. Dopięte zostało wypożyczenie Pawła Wszołka. Po jego pamiętnym zachowaniu w przerwie meczu z Wisłą Płock, mam w stosunku do niego mieszane uczucia, jednak z drugiej strony znajdą się racjonalne argumenty na obronę takiego ruchu. Sprowadzamy zawodnika o określonej jakości, który co by nie mówić, sprawdził się w Legii, podczas poprzedniego pobytu na Ł3 i dla bardzo słabo obsadzonej prawej strony może być dużym wzmocnieniem. Czytałem argumenty, że Zieliński grzebie po przysłowiowych „śmietnikach” szukając potencjalnych kandydatów do gry z eLką na piersi. Okej, szanuję takie zdanie, jednak należy pamiętać, że nie jest wielu piłkarzy, dla których szczytem marzeń jest gra o utrzymanie w polskiej lidze, w klubie będącym pod tak dużą presją. Dużo łatwiej byłoby przekonać zawodnika perspektywą gry w pucharach, niż walką o wygrzebanie się z końcowej trójki tabeli. Po trzecie, sytuacja z przedłużaniem kontraktów. Igor Lewczuk przytaczał jakiś czas temu anegdotę, jak to menedżer Marko Vešović pojawił się w Warszawie, ale nie mogąc się dodzwonić do Radosława Kucharskiego postanowił wyjechać, zaś telefon zwrotny otrzymał, gdy był już poza granicami naszego kraju. Zieliński zaczął od jasnej deklaracji w stosunku do André Martinsa – nie wiążemy z Tobą przyszłości, możesz szukać sobie klubu. Prosta sytuacja. Dodatkowo ogłoszone zostało przedłużenie umowy z Bartoszem Kapustką. Niby było to już dogadane, niby była to czysta formalność, ale wydarzyło się już z Jackiem Zielińskim na stanowisku.

Chciałbym, aby to co wydarzyło się w Legii w ostatnich tygodniach było dobrym symptomem, oznaczającym, że kroczymy ku normalności w zarządzaniu klubem, budowie zespołu i dobieraniu pracowników. Przed nowym dyrektorem sportowym chyba najważniejsza decyzja, czyli wybór trenera. Wierzę, że będzie on wreszcie pokłosiem dokładnej analizy i wzięcia pod uwagę wszystkich za i przeciw, a nie chwilowego impulsu i decydowania pod presją czasu. Mam także nadzieję, że Dariuszowi Mioduskiemu za chwilę nie znudzi się bycie na uboczu i nie chwyci znów za kierownicę, oznajmiając Jackowi Zielińskiemu – „To teraz znowu ja pokieruję, a Ty posiedź z boku”.

Podziel się:

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on telegram
Share on whatsapp
Share on email

Zobacz również