Koreanczyk

Koreańskie wzmocnienie na horyzoncie – będzie nowy „generał środka pola”?

Od kilku tygodni jako kibice byliśmy pogodzeni z tym, że w zimowym oknie transferowym Legii najprawdopodobniej nie zasili żaden nowy gracz, a powodem takiego stanu rzeczy są oczywiście finanse. Chcąc transferów, musielibyśmy najpierw kogoś sprzedać. Okazuje się, że chyba nie doceniliśmy jednak kreatywności naszego dyrektora sportowego i skautów, bo wczoraj na testach pojawił się całkiem ciekawy gracz za uczciwą cenę. Czyli za darmo. 

Informacja o testowanym Koreańczyku pojawiła się tuż po godzinie 15. Na początku wiadomo było tyle, że jest bez klubu, a jego pozycję i usposobienie w grze można określić jako „ofensywna ósemka”. Zgodnie z prośbą menedżera nie ujawniono od razu nazwiska piłkarza, ale najwyraźniej nie znał on możliwości użytkowników ulubionego serwisu kibiców stołecznego klubu, czyli Twittera. Szybko ustalono, że testowany gracz to Jin-Hyun Lee. 

25-latek występował ostatnio w Daejeon Hana na poziomie 2. ligi koreańskiej. Był jednym z autorów awansu tego klubu do tamtejszej ekstraklasy (zanim drogi Czytelniku rzucisz pod nosem „ech, kolejny szrot”, poświęć kilka minut swojego czasu na przeczytanie tego tekstu i opinii na temat piłkarza). W zakończonym pod koniec października sezonie wystąpił we wszystkich rozgrywkach w 30 spotkaniach, w których zdobył 6 bramek i dołożył 5 asyst. Był kluczowym graczem w rewanżowym meczu play-off o awans do koreańskiej elity z Gimcheon Sangmu, w którym zdobył 2 gole. 

Reżyser gry

O nieco szerszą charakterystykę potencjalnego nowego nabytku Wojskowych poprosiliśmy Adama Błońskiego, założyciela pierwszej polskiej strony o piłce azjatyckiej AzjaGola – Pracowity środkowy pomocnik, który najlepiej czuje się jako rozgrywający z głębi pola, ale równie dobrze czuje się jako klasyczna dziesiątka lub defensywny pomocnik. Reżyser gry i generał środka pola, który poprowadził do awansu Daejeon Hana z K League 2 do K League. Chłopak dwa sezony temu specjalnie zrobił krok w tył, by zrobić dwa kroki do przodu i przeniósł się na zaplecze ligi koreańskiej by sprawdzić się jako zawodnik, który decyduje o obliczu drużyny, a nie „role player” i „młody gniewny.” W Daejeon z miejsca stał się nie tylko osobą decydującą o regulowaniu tempa, ale i wykonawcą stałych fragmentów gry. Daejeon znane było w sezonie 2022 z bramkostrzelności po rzutach rożnych i wolnych. Wymyślne wybloki, zbicia na dalszy słupek etc. Wszystko pięknie, tylko do tego była potrzebna osoba, która poda piłkę tak by „3-etapowe akcje” w ogóle mogły się zacząć. Lee Jin-Hyun idealnie wpisał się w tę rolę, niczym zwycięzca Mistrzostw Europy z 2004 roku Vasilis Tsiartas, który swoimi dośrodkowaniami dawał kolejne zwycięstwa greckiej drużynie – ocenia nasz rozmówca. 

Przy zawodnikach z Korei Płd. może zapalić się nam lampka dotycząca konieczności odbycia obowiązkowej służby wojskowej. Lee nie musi się tym jednak martwić, a to za sprawą zdobycia złota Igrzysk Azjatyckich w 2018 roku. Tych samych, na których wystąpił gwiazdor Tottenhamu Son Heung-Min. 

Reprezentacja kosztem kariery w Europie 

W 2017 roku Jin-Hyun Lee został wypatrzony przez Austrię Wiedeń. Koreańczyk spędził nad Dunajem sezon 2017/2018, w którym wystąpił w barwach Die Veilchen w 13 meczach ligowych, zdobywając 1 bramkę. Jak wspomina nasz ekspert, gracz sam podjął decyzję o powrocie do ojczyzny. Powodem była chęć zaistnienia w reprezentacji swojego kraju – Austria nie wzbudzała takiego respektu wśród sztabu szkoleniowego Koreańczyków, żeby grą w kratkę ryzykować zmarnowanie najlepszych lat kariery. Lee świadomie nie kontynuował jej w Europie, chcąc zawalczyć o reprezentację i swoją grą przykuć uwagę selekcjonera, co mu się udało. Wrócił do Pohang Steelers, trzykrotnego zwycięzcy Azjatyckiej Ligi Mistrzów, gdzie zaczynał karierę. Tam od razu pokazał swoją dynamikę w wyprowadzaniu piłki oraz inklinację do gry kombinacyjnej. Już wtedy zauważył go Paulo Bento – portugalski selekcjoner Korei Południowej – podkreśla Adam Błoński. 

W lutym 2020 roku Lee przeniósł się do Daegu FC, jednak ostatecznie okazało się, że nie był to najlepszy ruch. Duża rotacja składu, a także kilka drobnych urazów sprawiły, że oddalił się od regularnej gry. 

Krok w tył, by zrobić dwa w przód 

Lee w pewnym momencie jednak stwierdził, że dla rozwoju swojej kariery potrzebuje nie być tylko „role playerem” i rola „Robina” mu nie odpowiada. Zrobił krok w tył, by zrobić dwa kroki do przodu i to się opłaciło. Przeszedł do bogatego, lecz drugoligowego „męczennika” K2 – Daejeon Hana. Klubu, który co roku sprowadzał zapomnianych kadrowiczów młodzieżówek czy szerokiego składu pierwszej kadry, by wydostać się otchłani zaplecza ligi – ocenia nasz ekspert i dodaje, że w tym klubie pomocnik otrzymał rolę kluczowego zawodnika. Takiego, od którego zaczyna się ustalanie składu. Paulo Bento zapraszając go na zgrupowania reprezentacji zwracał uwagę nie tylko na przysłowiowe liczby, ale też na rolę Lee w walce Daejeon o awans do K League

Twórca serwisu AzjaGola podkreśla, że po potencjalnym angażu trener musiałby zwrócić pomocnikowi uwagę na powściągliwość, jeśli chodzi o agresję przy atakach na rywali – Trzeba tu podkreślić, że druga liga koreańska to „mordownia” i gra się tam niesłychanie agresywnie. Tutaj trenerzy Legii będą musieli uważać, aby naleciałości z koreańskiej rzeźni nie skończyły się wykartkowaniem. Lee potrafi bezpardonowo walnąć kogoś po łydkach, by przerwać taktycznie grę i coś za co w K League 2 nie ma nawet żółtej kartki, u nas może się skończyć wychowawczą czerwienią. 

Plusy dodatnie i plusy ujemne 

Co można zaliczyć do zalet Jin-Hyun Lee? To kreator gry z umiejętnością pracy w destrukcji. Nie boi się twardej walki, mimo niezbyt imponujących warunków fizycznych. Świetnie wykonuje stałe fragmenty gry, a dośrodkowania są wysokiej jakości. Jego technika użytkowa idealne pasuje do gry na jeden kontakt oraz szybkich kontr. A wady? Jest mocno elektryczny i chimeryczny. Potrafi szybko się „podpalić”, gdy coś mu nie wychodzi, a wtedy na siłę próbuje zrobić coś efektownego na przełamanie, często uzyskując jeszcze gorszy efekt. Przez swoją odważną grę i wybieranie nie najprostszych rozwiązań potrafi mieć spotkania na niskim odsetku celności podań.  

Postscriptum 

Gościa czyta się jako: „Ii Dżin Jan” Najpierw mówimy nazwisko, później imię, bo inaczej połamiecie sobie języki. Czy „Ii Dżin Jan”, a nie „Dżin Jan Ii” – radzi Adam Błoński. 

Tak więc naszym potencjalnym wzmocnieniem będzie Dżin. Brzmi obiecująco.

Fot. en.yna.co.kr

Podziel się:

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on telegram
Share on whatsapp
Share on email

Zobacz również

Typer KSOL – podsumowanie po 18. i 19. kolejce Ekstraklasy

Za nami siedemnasta kolejka sezonu w wykonaniu Legionistów i jednocześnie dwudziesta kolejka typera Kilka Słów o Legii. To podsumowanie będzie o tyle wyjątkowe, że podsumujemy dwie ostatnie kolejki, ponieważ mamy zaległości w tym temacie. Sprawdźcie, którym z użytkowników Twittera poszło najlepiej z wytypowaniem wyniku „Wojskowych”.

Pusta kasa lepsza od miedziaków

Mówi się, że pieniądze nie grają. Zawsze byłem sceptyczny wobec tego stwierdzenia. Wszak przeczą mu statystyki, zresztą wystarczy obejrzeć mecze polskich drużyn w europejskich pucharach, gdy nie są już rozstawione. Nieliczne wyjątki tylko potwierdzają tę regułę. Tymczasem biedna Legia w tej rundzie punktowo 6 na 6. I pal licho te punkty. Co najważniejsze, w tych skrajnych warunkach, gdy młodzi sami muszą płacić za jedzenie, gdy toniemy w długach, gramy po prostu dobrze w piłkę. Wystarczy porównać nasze mecze z tymi rozgrywanymi przez naszych rywali, nawet tych, których plakaty nad łożkami i pod kołdrami mają mejweni. O, pardon, zapomniałbym. Ta nasza dobra gra trwa póki co 65 minut, a może cezurą jest tu wcale nie czas, lecz strata bramki. Bliżej mi do tej teorii, a tym samym wszyscy rządkiem do psychologa. Może Iga Świątek pomoże i Daria Abramowicz kogoś poleci.

Poważny sprawdzian

Legię w najbliższą sobotę czeka bardzo poważny sprawdzian w meczu z Zagłębiem. Na pewno będzie to trudniejsze spotkanie niż z Koroną, która momentami bała się grać w piłkę na Łazienkowskiej. Powodów jest kilka – zawieszenie Bartosza Kapustki, który obejrzał czwartą żółtą kartkę. Do tego dochodzi kontuzja Carlitosa, który nie zagra przez następne kilka tygodni. I powód numer 3. – Legia zmierzy się z drużyną trenera Fornalika na wiosnę, co zawsze samo w sobie jest sporym wyzwaniem.

Strzykawka z dwiema dawkami pokory

Przez 65 minut byłem zajęty przede wszystkim wymyślaniem błyskotliwego tytułu. Takiego, który oddawałby naszą świetną grę, bezradność rywala, bardzo dobry wynik. Przez ponad cztery kwadranse zastanawiałem się także nad tym, czy to my jesteśmy tacy dobrzy? Czy też Korona taka słaba. Okazuje się, że ani to, ani to. Po prostu rywale nam pomagali przez większą część meczu, my im przez mniejszą. Dlatego ostatecznie 3 punkty zostają, całe szczęście, w Warszawie.

Wracamy do gry!

Po długim oczekiwaniu wraca Ekstraklasa, a co za tym idzie Legia po niespełna 77 dniach wraca do gry o stawkę (gdyby kogoś szczególnie interesowały liczby – od ostatniego spotkania do pierwszego gwizdka w niedzielę minie około 6636600 sekund). Całe szczęście w końcu będziemy mogli zobaczyć trochę poważnego futbolu – ile można oglądać lig zagranicznych czy Mistrzostw Świata, chyba wszyscy tęskniliśmy za wieczorami z naszą kochaną ligą i nareszcie się doczekaliśmy! Na start rundy czeka nas spotkanie z przedostatnią w tabeli Koroną Kielce. Cel? Pewne zwycięstwo i 3 punkty.