graj na janka

#GrajNaJanka

Kilka lat temu poczułem przypływ kreatywności i postanowiłem napisać piłkarską opowieść, której założeniem było, że będzie ona ewoluować wraz z sugestiami czytających. Tak powstało #GrajNaJanka – pewnie znajdzie się wśród Was kilku pamiętających pierwsze odcinki, które pojawiły się w sieci. Z przyczyn osobistych projekt wtedy zawiesiłem, ale nadszedł czas, by wrócić do Jankowej historii. Dzięki ekipie „Kilka Słów o Legii” dostałem możliwość na nowo usiąść do klawiatury. Odświeżyłem napisane kiedyś 3 odcinki, a w głowie mam mnóstwo pomysłów na kolejne. Ale liczę też na Was i Wasze spostrzeżenia – niech wpłyną na to, jak potoczą się losy mojego/naszego bohatera.

Zapraszam na pierwszy odcinek, w którym poznacie Janka, młodego chłopaka z Radości. Mam nadzieję, że się Wam spodoba.

Odcinek 1.

– Jezu, zaraz się porzygam… – pomyślałem, ciężko biegnąc kolejny kilometr. – Zajedzie nas ten nowy trener…

No właśnie – nowy trener. Przyszedł do nas w zeszłym tygodniu i tak nam się dobrał do skóry, że po pierwszych dwóch dniach nie miałem siły zrobić kroku. Teraz niby jest trochę lepiej, ale te kilometry, które biegamy na każdym treningu, to jakaś szkoleniowa prehistoria! Tak się nie da!

Ale może zacznę od początku, bo mówię o trenerze, a o sobie ani słowem. Na imię mam Janek. Nazwisko nic wam nie powie, bo mam dopiero 18 lat i, oprócz zwycięskiej olimpiady matematycznej w pierwszej klasie liceum, niczym jeszcze nie „zasłynąłem”. Mieszkam w warszawskiej Radości i gram w tamtejszej A-klasowej drużynie. Hmmm, gram to może za dużo powiedziane, bo właściwie grzeję tylko ławkę. Jestem nowy w zespole – zostałem do niego dołączony pod koniec poprzedniego sezonu, kiedy rozwiązano naszą drużynę juniorów. Poprzedni trener stwierdził, że mogę się na coś przydać, ale nie dał mi zagrać nawet minuty. A graliśmy już zupełnie o nic… Może nowy wpuści mnie choć na chwilę – fajnie by było zagrać kilka minut w lidze. Ale na razie tylko bieganie… Tata, były piłkarz, młodzieżowy reprezentant Polski, mówił, że nawet za jego czasów tak dużo i intensywnie nie biegali. A przecież mamy XXI wiek! Jak ja wyjdę wieczorem z Agatą, jak po treningu nie będę miał siły ruszyć nawet małym palcem u nogi. A powiem wam, że Agata warta jest tego, żeby tym palcem jednak ruszyć… Poznaliśmy się całkiem niedawno, ale mam przeczucie, że może wyjść z tego coś fajnego. No i te krągłości…

– Kurwa, ile jeszcze?! – wymsknęło mi się pod nosem, gdy potknąłem się o wystający sosnowy korzeń. Obraz Agaty rozpłynął się momentalnie.
– Młody, nie gderaj, tylko biegaj. Będzie dobrze! – rzucił do mnie Krzysiek, zbliżający się do 40-stki weteran kartofliskowych boisk.

Pewnie wie co mówi, ale jego gadanie moich bełtów nie zahamuje… Na szczęście wybiegaliśmy już z lasu i zaraz mieliśmy być na stadionie. Ekhm, stadionie… jasne… toż to boisko z kilkoma ławkami dookoła – ale przynajmniej murawę mamy chyba najlepszą w Warszawie. Pewnie dlatego trenuje teraz u nas Legia, skoro w LTC mają od kilku dni problemy z elektrycznością. Dziś też są, ich autokar mijał nas na 3852. okrążeniu lasu. Za dwa dni grają bardzo ważny mecz w Gliwicach i zabarykadowali się w pobliskim hotelu, żeby oczyścić głowy po kilku ligowych porażkach. Mistrzom Polski taka seria nie przystoi, nie było mnie jeszcze na świecie, gdy przydarzyła się taka ostatni raz…

Ostatkiem sił wpadliśmy przez bramę stadionu wprost na grupę truchtających dookoła murawy legionistów. Fajnie być tak blisko wielkiej piłki. No dobra, może nie tak od razu „wielkiej” – „duża” będzie chyba wystarczającym słowem. Ale przecież to i tak niebo a ziemia w porównaniu z A-klasą… Doczłapaliśmy do stojącego w rogu boiska trenera (oczywiście on nie biegał). Spojrzał na nas ze złośliwym uśmiechem:

– Nooo… To jeszcze dwa kółeczka delikatnego rozbieganka! – rzucił w naszą stronę i pogrążył się w przerwanej przez nasze przybycie rozmowie telefonicznej.
– A to skurwysyn! – wysyczał Krzysiek – Młody zapomnij o tym „będzie dobrze”. Zarobi w pysk po treningu!

Ruszyliśmy noga za nogą, śledzeni przez rozbawione spojrzenia legionistów. Niektórzy kiwali głowami na znak współczucia. Przy końcu drugiego kółka nie wytrzymałem. Podbiegłem pod płotek okalający bieżnię, zgiąłem się wpół i wyrzuciłem z siebie całą zawartość żołądka…

– Młody, kurwa, nie rzygaj przy gościach! – krzyknął któryś z chłopaków, a wśród grających w „dziadka” legionistów dało się słyszeć stłumione śmiechy.
– Świetnie, kurwa! – wymamrotałem pod nosem i zawstydzony powlokłem się w stronę szatni.
Nie przejmuj się – usłyszałem – Janek jesteś, tak?

To był Patryk Kalmus, asystent trenera Legii Michała Cześniewicza.

– Każdy kiedyś wymiotował na treningu. A jeśli nie, to znaczy, że nie trenował wystarczająco mocno. Masz jeszcze trochę siły? Przyda nam się ktoś do gierki na małe bramki.

Czy ja dobrze usłyszałem? Mam zagrać z legionistami?

– Oczywiście, że mam! – odpowiedziałem, choć moja mina mówiła coś zupełnie przeciwnego – Ale nie wiem, czy potrafię…
– Spokojnie, to tylko kilka minut wśród rezerwowych. Chodź! – klepnął mnie w plecy i ruszył w stronę środka boiska.

Nie wierzę! Za chwilę zagram z moimi idolami! Jezu, żeby tylko nic nie spieprzyć!

– Panowie, to Janek – powiedział do piłkarzy Kalmus – Podobało mi się, jak walczył ze swoją słabością i chciałbym, żeby pokopał z nami chwilę.
– Jasne, nie ma problemu trenerze – odpowiedział Tobiasz Kacperski, jeden z młodych bramkarzy, i machnął w moją stronę.
– Gramy dziesięć minut, 5 na 5, jeden kontakt, na małe bramki. Przegrany zespół robi 3 kółka, ale jeśli przegramy, to tobie odpuścimy… – mrugnął okiem.

O Boże! O Boże! Serce waliło mi jak pneumatyczny młot, a szum mojej pędzącej krwi blokował wszystkie inne dźwięki.

Zaczęliśmy. Pierwsze podanie do mnie, a ja na aut. Drugie – wprost do przeciwnika.

– Janek, spokojnie! To zabawa! – starał się podnieść mnie na duchu Kalmus.

No dobra, skoro zabawa, to zabawa. Strząsnąłem ręce, zrobiłem kilka głębszych wdechów. Gramy! Dalej poszło już lepiej, kilka razy ładnie podałem, pokazywałem się do zagrań. Kątem oka widziałem kiwającego głową Kalmusa, rozmawiającego (o mnie?) z naszym trenerem.

Dwie minuty do końca, szkoda, że tak szybko ten czas leci. Zamyśliłem się trochę i wtedy stało się coś, czego zupełnie nikt się nie spodziewał. A już na pewno nie spodziewałem się ja. Rozkojarzony, nie zauważyłem podanej do mnie przez Kacperskiego piłki.

– Młody! – krzyknął.

W ostatniej chwili dojrzałem futbolówkę i jednocześnie biegnącego do niej rywala (Kacper Skibek, niewiele starszy ode mnie skrzydłowy). Zupełnie nie kontrolując swoich ruchów, podbiłem piłkę nad jego głową i złożyłem się do strzału z woleja. Piłka z dużą zewnętrzną rotacją pomknęła w stronę bramki i chwilę potem zatrzepotała w siatce. Wszyscy patrzyli to na piłkę, to na mnie, stojącego z rozdziawioną szczęką. Jezu, co to się właśnie stało? To ja coś takiego zrobiłem?
Zobaczyłem podchodzącego do mnie Kalmusa. Delikatny uśmiech na jego twarzy był bardzo tajemniczy…

– Młody, co robisz jutro o 12:00? Nie wpadłbyś na Łazienkowską?

Na drugi odcinek przygód Janka zapraszamy 15 lutego!

Podziel się:

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on telegram
Share on whatsapp
Share on email

Zobacz również

Czy to czas na last dance Fabiańskiego?

W minioną środę Alex Crook na łamach talkSPORT poinformował, że West Ham nie przedłuży wygasającego z końcem czerwca kontraktu Łukasza Fabiańskiego. Oznacza to, że były