Wracamy z kolejnym odcinkiem przygód Janka. W poprzednim poznaliście młodego chłopaka z Radości, a dziś przekonacie się, z jakim przyjęciem spotkał się na pierwszym treningu w Legii.
Odcinek 2.
– Mamo! Tato! Nie uwierzycie co się stało! – wpadłem do domu, krzycząc zanim jeszcze zamknąłem drzwi.
Głośne echo poniosło się po klatce i wydawało mi się, że wścibski sąsiad spod „4” zdążył jeszcze wystawić głowę. Ale tym razem, wyjątkowo, nie odciąłem mu się jakimś ostrzejszym tekstem. Strasznie irytujący człowiek…
– Nie uwierzycie! – powtórzyłem.
– Co? Trener w końcu pozwolił ci chociaż pozbierać piłki po treningu? – z przekąsem odezwała się ze swojego pokoju Emilka.
Właśnie – Emilka, moja młodsza o rok siostra. O niej wam jeszcze nie wspominałem. Tak szczerze, to kawał cholery. I to spory. Ale z drugiej strony lepszej siostry nie mogłem sobie wyobrazić. Pewnie, czasem sobie nawrzucamy, zdarzają się i przepychanki (jak to z rodzeństwem), ale zawsze znajdujemy dla siebie czas, gdy któreś jest w potrzebie. No i dzięki niej poznałem Agatę…
– Przymknij się Młoda, nie znasz się! – odpowiedziałem.
Nie miałem nastroju na przekomarzanie się. Za bardzo byłem nakręcony.
Z kuchni wyjrzała mama z talerzem i ścierką w ręku.
– Co jest Janeczku? – chyba była trochę przestraszona, bo tylko wtedy tak do mnie mówiła. Normalnie byłem po prostu Jaśkiem.
Tuż za nią pojawił się ojciec. Podniósł brwi i spojrzał na mnie pytającym wzrokiem.
– Grałem dziś z Legionistami, spodobałem się Kalmusowi, mam jutro testy! – potok moich słów wylewał się z prędkością karabinu maszynowego.
– Ale… Jak to? – do taty chyba nie dotarło.
– Chyba na obecność substancji odurzających te testy, bo coś ci się w głowie poprzestawiało… – podkręcała Emilka ze swojego pokoju.
– Młoda, proszę, nie dziś… Ja sam jeszcze w to nie wierzę!
Usiedliśmy przy kuchennym stole i opowiedziałem im całą historię. Ojciec w trakcie uśmiechał się lekko pod nosem, mama stała zasłuchana i nawet Emka, już zupełnie poważnie, podeszła i mi pogratulowała.
Poszedłem do siebie do pokoju, wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem do Agaty. Nie była zbytnio zadowolona, że odwołuję spotkanie. Nawet wiadomość o testach nie zrobiła na niej większego wrażenia. Szczerze mówiąc spodziewałem się tego, bo wielką fanką piłki nożnej nie była. Nie popsuło mi to jednak nastroju, bo w tym momencie liczył się tylko jutrzejszy dzień…
Spałem bardzo słabo, budziłem się co kilkadziesiąt minut. Stres dawał się we znaki. Rano zjadłem śniadanie, choć ledwo przeszło mi przez gardło, spakowałem torbę ze sprzętem i wyszedłem. Mimo, że była dopiero 9:30, nie mogłem już wysiedzieć w domu…
– Tu możesz się przebrać, zaraz przyniosę ci koszulkę i spodenki. Reszta chłopaków trenuje już od godziny na „boku” – Sebastian Żubrowski, odpowiedzialny za magazyn, wskazał mi miejsce w szatni
– Nie martw się, nie spóźniłeś się – wyjaśnił, widząc moje przerażone spojrzenie – Trener Cześniewicz chciał na nich popatrzeć przed wyjazdem do Gliwic. Jesteśmy już spakowani i zaraz ruszamy.
No tak, już jutro mecz z Piastem, kolejna szansa na przełamanie fatalnej ligowej passy. Przebrałem się szybko i na miękkich nogach wyszedłem na boczne boisko. Rzeczywiście, Michał Cześniewicz stał przy linii w towarzystwie Kalmusa i prezesa Mariusza Pszczelarza, żywiołowo o czymś dyskutując.
– O kurwa, o kurwa, o kurwa… – szeptałem pod nosem, jednocześnie o mało nie wpadając w hiperwentylację, bo oddech przyspieszył mi czterdziestokrotnie.
Podszedłem do trenera II zespołu Marka Wróblewskiego i przywitałem się drżącą ręką. Poklepał mnie uspokajająco po plecach i powiedział, że z rekomendacją Kalmusa to muszę być niezłym kawałkiem piłkarza. Wcale mi tym nie pomógł, bo poziom stresu osiągnął granicę krytyczną. Widziałem śledzące mnie, zaciekawione spojrzenia chłopaków z rezerw (znałem prawie wszystkich z relacji meczowych na legia.com). Wróblewski kazał mi się rozgrzać, zacząłem więc serię ćwiczeń rozciągających. W międzyczasie Pszczelarz, Cześniewicz i Kalmus ruszyli w stronę czekającego już na nich autokaru.
– Powodzenia Młody! – krzyknął na pożegnanie ten ostatni.
Kilka skłonów, kilka wymachów, kilka skrętów tułowia – byłem gotowy.
– Dobra Janek – podszedł do mnie Wróblewski – najpierw parę sprintów. A wy chłopaki do szatni. Wystarczy na dziś.
Część zespołu posłusznie poszła w stronę budynku klubowego, jednak spora grupa – z najlepszym piłkarzem rezerw, rozgrywającym (tak, jak i ja), Patrykiem Rudzińskim na czele – została, aby obserwować moje zmagania.
Zabrzmiał gwizdek i zerwałem się do biegu. „Muszę dać radę!” – kołatało mi się po głowie. Pierwszy sprint, drugi, trzeci. Przy czwartym… wyłożyłem się jak długi. Nie zauważyłem rozwiązanej sznurówki i nadepnąłem na nią przy starcie.
– Hahaha zobaczcie, przyszedł łapać Pokemony! – usłyszałem szyderczy śmiech Rudzińskiego i stłumione chichoty reszty jego grupki.
– Ja ci, kurwa, dam Pokemona! – zasyczałem do siebie pod nosem, podnosząc się z murawy.
Wróblewski skarcił swojego gracza spojrzeniem i wygonił całą grupę pod prysznic.
Zacisnąłem zęby, ale ten „Pokemon” cały czas obijał mi się o tył czaszki. Reszta ćwiczeń z piłką wypadła całkiem w porządku, ale nie do końca mogłem się skoncentrować.
– Było dobrze Młody – pochwalił mnie Wróblewski – Bądź jutro na 11:00, potrenujesz z całym zespołem.
Szykowała się kolejna nieprzespana noc.
– Dobrze Janek! Chodzi piła! – Marek Wróblewski pokrzykiwał w moim kierunku co kilka chwil.
Dużo mi to dawało, bo Rudziński i jego przydupas Marcin Mizak robili wszystko, co tylko mogli, żeby utrudnić mi dobry występ.
– O! Pokemon przyszedł! – to usłyszałem na wejściu do szatni.
Poczuł się zagrożony? Nie miał przecież powodów mimo, że graliśmy na tej samej pozycji. Przecież on już zaliczył kilkanaście minut w Ekstraklasie, a ja jeszcze przedwczoraj czekałem na A-klasowy debiut. Skąd ta agresja?
– Taaak! Na skrzydło teraz! – skwapliwie wykonałem polecenie, po czym nagle świat zawirował i z poziomu murawy oglądałem niebo.
Mizak wjechał mi wślizgiem prosto w kostkę.
– Kurwa! Co jest! – zerwałem się z zaciśniętymi pięściami.
– Tak się gra w piłkę z dużymi chłopcami… Nie przejmuj się Pokemonku, będzie jeszcze gorzej… – szepnął mi na ucho Rudziński, gdy Mizak odbierał reprymendę od trenera.
Do końca treningu był już spokój, ale boląca kostka mocno dawała mi się we znaki, ograniczając ruchy.
– Słuchaj Janek, pogadam z resztą sztabu i damy ci znać. Nie powiem ci teraz tak lub nie, bo nie jest to tylko moja decyzja. – Wróblewski wydawał się zadowolony, ale nie miałem pewności.
– Dziękuję trenerze, jestem wdzięczny za szansę – odpowiedziałem.
Poszedłem do szatni i pożegnałem się z chłopakami (Rudziński i Mizak nagle gdzieś zniknęli). W drodze do domu jeszcze raz rozgrywałem trening w głowie. Na pewno wypadłbym lepiej, gdyby nie kostka, ale w pewnym sensie Rudziński miał rację. Duża piłka to nie głaskanie po czole, tylko ostra walka.
Wieczorem usiedliśmy z ojcem przed telewizorem do oglądania meczu Legii. Opowiedziałem mu o treningu, na co on stwierdził tylko, że zawsze tak jest, gdy pojawia się ktoś nowy. Mówił, że podobnie miał na swoim pierwszym zgrupowaniu reprezentacji, ale przeczekał i ciężką pracą ukrócił wszystkie żarty. No tak, ale to była reprezentacja, miał już jakąś markę, a ja byłem typowym „nikim” z podmiejskiej dzielnicy. No nic, co ma być, to będzie.
W telewizji właśnie zabrzmiał pierwszy gwizdek. Stadion w Gliwicach pękał w szwach, jak wszędzie, gdzie pojawia się Legia. Naszych pojechało kilkuset i szczerze powiem, że tylko ich było słychać. Nim ta myśl uleciała mi z głowy, było już 1:0 dla Piasta.
– No pięknie! – rzucił z poirytowaniem ojciec.
– Spokojnie tato, damy radę – odpowiedziałem, ale upływające minuty wcale nie potwierdzały moich słów.
Legia grała, ale nic nie chciało wpaść i w poczynania zespołu wkradała się coraz większa nerwowość, co owocowało kolejnymi golami dla gliwiczan. Do końca meczu pozostawało 4 minuty, gdy zadzwonił mój telefon. Podniosłem słuchawkę dokładnie w chwili, gdy Piast strzelił czwartą bramkę.
– Ja pierdolę! – krzyknąłem prosto do telefonu.
– Janek? – to był Wróblewski – Rozumiem, że oglądasz mecz… Posłuchaj, chcemy cię! Dopniemy wszystkie formalności z Radością, a ty bądź jutro na treningu.
W tym momencie sędzia skończył mecz. Osłupiałem. W mojej głowie gonitwa myśli i emocji. 4:1 w plecy, kolejny przegrany mecz i odskakujący coraz bardziej rywale do mistrzowskiego tytułu. Przejście z A-klasy do Legii. Smutek i radość. Czyżby kibicowskie marzenie o mistrzostwie musiało przepaść, by spełnić się mogło to piłkarskie?
Na trzeci odcinek przygód Janka zapraszamy 1 marca!



