gvilia

„A na co mnie ten Gruzin?”, brać Gvilię czy nie brać?

Relacje z czwartkowego treningu Legionistów w ramach przygotowań do kończącego sezon starcia ze Śląskiem Wrocław, który był otwarty dla karnetowiczów, nieoczekiwanie na nowo rozpaliły spekulacje na temat przyszłości Valeriane Gvilii na Ł3. Gruzin od ponad 2 miesięcy trenuje z zespołem i ze względu na to, że jest wolnym graczem mógłby podpisać kontrakt w każdej chwili. Pytanie tylko, kto bardziej na tym zyska – klub, czy Vako?

Gruziński pomocnik trafił do Legii latem 2019 roku i był częścią wielkie kadrowej przebudowy, którą przeprowadzono po utracie mistrzowskiego tytułu. Zawodnik miał dość udaną rundę w Górniku Zabrze, do którego został wypożyczony z FC Luzern. Wystąpił w 17 meczach Ekstraklasy, w których zdobył 1 bramkę i dołożył 3 asysty. Według Transfermarkt „Wojskowi” zapłacili za niego Szwajcarom 300 tysięcy €. Tak po podpisaniu umowy charakteryzował go Radosław Kucharski w rozmowie z legia.com:

Jestem przekonany, że będzie dużym wzmocnieniem i da nam wiele jakości w ofensywie. Posiada cechy charakteru oraz umiejętności piłkarskie, które wzbogacą nasz zespól. To zawodnik, który bardzo szybko przystosował się do gry w Ekstraklasie i jest gotowy na wyzwania, jakie wiążą się z grą w takim klubie jak Legia.

Trzeba przyznać, że nie pomylił się. Gvilia dość szybko wkomponował się w ekipę Aleksandara Vukovicia. W 4. oficjalnym meczu w barwach Legii zaliczył asystę, a w 5. strzelił premierową bramkę, w dodatku bardzo ważną – padła w 94. minucie, dając 3 punkty z Koroną Kielce. Z pewnością nie będzie nadużyciem nazwanie go jednym z architektów mistrzowskiego tytułu z 2020 roku – we wszystkich rozgrywkach pomocnik rozegrał aż 47 meczów, w których 11 razy trafił do siatki rywala i zaliczył 9 ostatnich podań. Trzeba przyznać, że były to naprawdę imponujące statystyki, a zbliżyć zdołał się do nich dopiero Josue.

Po znakomitym pierwszym sezonie na Ł3 drugi był dla reprezentanta Gruzji zdecydowanie mniej udany. Tak jak cały zespół, zaczął nowe rozgrywki w bardzo słabej formie, a z biegiem czasu jego pozycja słabła. Wpływ miały na to z pewnością zmiana trenera, a następnie systemu gry. Czesław Michniewicz preferował w środku pola graczy o innej charakterystyce i cechach niż Gvilia. Latem 2021 roku nie przedłużono z nim umowy i ostatecznie trafił do Rakowa Częstochowa. Choć początki miał obiecujące, to w dwa sezony rozegrał w barwach „Medalików” we wszystkich rozgrywkach 28 spotkań, notując w nich 1 gola i 1 asystę. Pod koniec stycznia rozwiązał kontrakt z częstochowianami, a od 21 marca tego roku za zgodą sztabu szkoleniowego trenuje z pierwszym zespołem Legii. Na tę chwilę klub ma oczywiste dwie opcje – podpisać z nim kontrakt lub po prostu podziękować i nie zaprzątać sobie głowy tym tematem. Jak informowali moi redakcyjni koledzy, Gruzin po rozpoczęciu zajęć z Legionistami był, delikatnie mówiąc, w nienajlepszej dyspozycji fizycznej, ale należy pamiętać, że było to przed dwoma miesiącami. Trudno powiedzieć jak jest teraz i jak jego potencjalną przydatność dla drużyny ocenia Kosta Runjaić. Jeśli Valeriane wróciłby do swojej optymalnej dyspozycji, to nie oszukujmy się – na pewno nie będzie odstawał od Sokołowskiego, Celhaki czy Charatina. Z pewnością nie będzie to opcja na wyjściową jedenastkę, ale na wzmocnienie rywalizacji w środku pola już tak. A tej rywalizacji łącząc ligę z pucharami będziemy potrzebowali jak kania dżdżu. Na Twitterze widziałem u niektórych sporą frustrację przy okazji dyskusji na temat ewentualnego powrotu 29-latka, ale my chyba dalej zapominamy, że nasz budżet transferowy znacząco się nie zmienił i szanse na sprowadzenie „lepszego i młodszego” na tę pozycję zbyt wysokie nie są. Poza tym, ja już w swojej ponad 11-letniej „karierze” kibicowskiej o sprowadzeniu tych mitycznych „lepszych” wystarczająco dużo się nasłuchałem i zawsze wychodziło z tego wielkie gó…. nic. Gvilia zapewne nie zapomniał jak gra się w piłkę, a robienie z niego totalnego nieudacznika i amatora to jednak przekroczenie pewnej granicy.

Jak to z tymi powrotami było?

Ewentualny powrót reprezentanta Gruzji do Warszawy wpisałby się w pewnego rodzaju tradycję w naszym klubie, bo podobnych sytuacji z lepszym i gorszym zakończeniem było już kilka. Ja wybrałem pięć najświeższych:

Miroslav Radović – wszyscy doskonale pamiętamy kulisy jego odejścia do Hebei China Fortune w lutym 2015 roku. Rado w Państwie Środka spędził niespełna rok, borykając się po drodze z kontuzją. Wiosną 2016 roku przeniósł się do Olimpiji Ljubljana, a latem wrócił do Partizana Belgrad. Jego ponowny pobyt w stolicy Serbii potrwał jednak dosłownie chwilę, bo 2 miesiące. 31 sierpnia Serb po raz kolejny został zawodnikiem Legii Warszawa (aby w klubie zgodzili się na odejście, ponoć musiał kupić Rolexa jednemu z członków zarządu), która szukała wzmocnień po awansie do Ligi Mistrzów i był jedną z najważniejszych postaci tamtego sezonu – w 29 meczach Ekstraklasy 11 razy trafił do bramki rywali i zanotował 9 asyst. Dodatkowo w Champions League dwukrotnie pokonał bramkarza Realu Madryt i zaliczył 2 ostatnie podania w szalonym starciu z Borussią. Następne dwa sezony były dla „Radko” zdecydowanie mniej udane, głównie ze względu na problemy zdrowotne.

Igor Lewczuk – w momencie, kiedy Miroslav Radović wracał do stolicy, obrońca ją opuszczał przenosząc się do Bordeaux. We Francji spędził 3 sezony i po najmniej udanym z nich (2018/2019) zdecydował się na powrót do Legii. Doświadczony stoper w zasadzie od początku stał się graczem podstawowego składu i miał naprawdę duży udział w mistrzostwie Polski. Wystąpił łącznie w 34 meczach (26 w Ekstraklasie, 5 w eliminacjach Ligi Europy i 3 w Pucharze Polski), zdobywając 2 gole. Były reprezentant Polski występował na Łazienkowskiej także w sezonie 2020/2021 – zagrał 11 meczów w Ekstraklasie, 1 w eliminacjach Ligi Europy, 1 w eliminacjach Ligi Mistrzów (czerwona kartka z Omonią) oraz 1 w Superpucharze Polski. W maju 2021 mógł dopisać sobie kolejny mistrzowski tytuł.

Paweł Wszołek – skrzydłowy trafił do Legii Warszawa jesienią 2019 roku i dość szybo stał się fundamentalną postacią dla mistrzowskiego teamu Aleksandara Vukovicia. Podobnie było w kolejnych rozgrywkach, w których jego gole i asysty przyczyniły się do obrony tytułu. Brak odpowiedniej komunikacji na linii zawodnik-dyrektor sportowy odnośnie negocjacji nad nowym kontraktem spowodowały, że Wszołek przeniósł się do Unionu Berlin. W barwach „Die Eisernen” zagrał jednak tylko 17 minut w meczu Pucharu Niemiec. Ściągnięcie do znów do Warszawy przez Jacka Zielińskiego był znakomitym posunięciem, bo „Wszołki” okazał się jednym z liderów zespołu na wiosnę i walnie przyczynił się do utrzymania w Ekstraklasie – w 14 spotkaniach zdobył 6 goli i miał 3 asysty. W sezonie 2022/2023 zanotował 7 bramek i 8 ostatnich podań.

Tomas Pekhart – Czech to jeden z ostatnich przykładów powrotów do klubu z happy endem (przynajmniej na razie). Napastnik po sezonie 2020/2021, w którym zdobył koroną króla strzelców, w kolejnym zaliczył totalny zjazd formy, tak jak większość jego kolegów. Mimo, że wiosna 2022 roku była w jego wykonaniu całkiem niezła (6 razy trafił do bramki rywali i zanotował 1 asystę), to klamka zapadła i jego umowa z klubem nie został przedłużona. Piłkarz powędrował do Turcji. W barwach Gaziantep FK zagrał w lidze i krajowym pucharze 14 razy – zdobył 2 gole i miał asystę. Na własnej skórze odczuł jednak przysłowie, że „Nikt nie da ci tyle, ile Turek obieca”. Chodziło nie tylko o pieniądze, ale też warunki do treningu czy życia. Pekhart mimo dużego sceptycyzmu niektórych kibiców (również mojego) ponownie zawitał na Łazienkowską i pozamykał krytykom mo…buzie. 13 meczów – 5 bramek (w tym ta ratująca punkt z Cracovią i dająca wygraną w Zabrzu) oraz 2 asysty. Przy okazji chyba odczarował też klątwę nr 7.

Chłodna głowa i bez sentymentów

Tak jak podkreślałem wyżej, decydujący głos odnośnie Vako z pewnością należy do Kosty Runjaicia i jestem przekonany, że jeśli będzie miał wątpliwości, to na wciśnięcie go do zespołu się nie zgodzi. Choć uważam go za ciekawą opcję, patrząc na nasz obecny skład osobowy do środka pola, to jestem absolutnie daleki od sentymentów i dawania mu szansy na kredyt tylko dlatego, że u nas grał i mocno identyfikuje się z Legią. W klubie będą musieli odpowiedzieć sobie na pytanie, czy będzie to wzmocnienie czy uzupełnienie, a zgodnie z ostatnimi deklaracjami w grę wchodzi chyba tylko opcja numer 1.

Fot. Mateusz Czarnecki

Podziel się:

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on telegram
Share on whatsapp
Share on email

Zobacz również

Od trampkarza Legii po grę z Koseckim – ks. Bogusław Kowalski

Ostatnie miesiące przy Łazienkowskiej to przede wszystkim utracona bezpowrotnie szansa na zdobycie jakiegokolwiek tytułu w minionym sezonie. Przez działania pionu sportowego w zimowym okienku lwia część kibiców straciła wiarę w projekt, jakiemu przewodniczy Jacek Zieliński. To jednak nie oznacza, że kibice przestali wierzyć w Mistrzostwo. Szczególnie, że wśród nich są tacy, którzy na wierze znają się jak mało kto.

Przeciętność przetykana magią

Zakończyliśmy sezon zwycięstwem. Po pierwszej połowie wydawało się, że będziemy strzelać kolejne gole. Niestety do końca drżeliśmy o wynik, po raz kolejny w tym sezonie.

Bez szału po puchary

Widać już pierwszy efekt pracy Feio. Nie ma wylewów w obronie. Niby nic wielkiego, a jakże spokojniej ogląda się mecze. I to nawet wtedy gdy

Brawo Panowie

Trzeba się po prostu cieszyć i to z kilku powodów. Zdobyliśmy trzy punkty i dzięki temu jesteśmy na pucharowym miejscu w tabeli, a do końca